8 maja pod nóż

28 marca 2008

Po raz pierwszy mieliśmy nieprzyjemność wizyty u lekarza, której nie było w kalendarzu, a która wynikła z potrzeby chwili. Podczas świąt odkryliśmy na podbrzuszu Fi gulkę, która raz pojawiała się, raz znikała. Po małych spekulacjach, których szczytem była dość mrocznie brzmiąca paradiagnoza – przepuklina pachwinowa, wybraliśmy się do lekarza, który jednoznacznie potwierdził nasze obawy. Szybki kurs do szpitala na Prokocimiu, szerokie jasne korytarze, miła, acz psychopatyczna twarz chirurga, zielone prześcieradła, no i termin 8 maja, który z miejsca został wyznaczony, kiedy to Fi pójść ma pod nóż.

Wcześniej pod narkozę, a po operacji dzień w szpitalu i do domu. Cięcie w pachwinie, co kosmetycznie ładnie da się zrobić – zaszkliło się oko chirurgowi. A Fi? Chyba nie był zachwycony całą sytuacją. Podobnie jak u poprzedniego lekarza dał popis jedyneczki, osikując mamę i biurko, tak u zielonego włączył jedynkę z większą siłą, by znów dosięgnąć mamy stojącej ponad metr od synka, po czym uderzył w drugi ton, niczym kropkę stawiając nad i. Zastanawia mnie jego poczucie humoru. Jest to zabawne – owszem – ale w prywatnej sferze domowej, gdzie Fi uprawia tego typu rozrywki na tyle często, by można było mówić o pewnym rytuale, czy nawet regule. Wyprowadzone w sferę publiczną jest trochę dla rodziców żenujące, chyba głównie z powodu zamieszania i zniszczeń :)

Zatem 8 maja. Niby operacja nie wiąże się z zagrożeniem, jednak spore napięcie wystąpiło, na tyle niemałe, że jeszcze 2 dni po diagnozie daje się wyczuć jego echa. Nie wiem, czy Fi wyczuwa, że coś mu się będzie dziać, czy też działa zwrotnie reagując na mój stres, tak że od czasu wizyty zrobił się marudny, żeby nie powiedzieć płaczliwy. Dla niego niemało łez, dla nas kolejna lekcja cierpliwości.

tatafi
| FOTO

pamięć 22

22 marca 2008

Tak wiele zatrzymuje się w pamięci, lecz jeszcze więcej uchodzi w niepamięć. Im większe zaufanie względem pamięci zewnętrznej, tym większe szansa na problemy z tożsamością. Liczę na to, że prawa te nie dotyczą momentów najsilniejszych, najbardziej znaczących, granicznych, definiujących, których warstwy znaczeń odsłaniają się przez lata, a ilość ich summa summarum wydaje się w efekcie nieskończona.

Minął miesiąc od kiedy ujrzałem unoszące się łono, a w nim czarny łebek Fi. Pamiętam jak ściśnięte gardło utrudniało mi artykulację prostego przyj. Pamiętam, jak spokojnie próbowałem to powiedzieć, a jak niespokojnie zaciskałem rękę Justyny. Pamiętam, jak po kolejnym nacisku zobaczyłem, jak Fi swobodnie, lekko wyśliznął się na ten świat. Jaką trudność stanowiło wyłączenie telefonu, który w najmniej fortunnym zaczął wyć. Jak wziąłem Go na ręce do potrzymania i zobaczyłem, że mu trochę zimno. Mnożą się szczegóły niewyobrażalnie, gdy tylko sięgnie się do tamtych chwil.

Pozostaje silne wrażenie niezorganizowania tych wspomnień, cenne o tyle, o ile nie buduje ono wyraźnej hierarchii, która wykluczy te z pozoru mniej ważne, acz dopełniające obraz całości. Bo jakie znaczenie ma, że Fi urodził się dokładnie w momencie, który wskazuje nieczynny od dawna zegar na ścianie przy wejściu do bloku porodowego? Że była pełnia? Że chwilę po tym, jak Justyna zeszła z fotela, do pokoju wpadł nieznany nikomu człowiek, który zaczął przypatrywać się całej akcji kładzenia Fi przy półnagiej mamie, a zapytany kim jest, odpowiedział: “Jestem sobie taki głupi Jaś”. Czym zdaje się być zestawienie ogromnego trudu z adnotacją na wypisie, że poród trwał 4h. Że chwilę po przyjęciu nas na blok porodowy położna wypisała opaski na jego wciąż ukryte przeguby i książeczkę zdrowia Fi , pomimo iż nie było choćby najmniejszych skurczów zapowiadających jego przyjście? Jak przy owocu tego wieczora ulatuje klimat pomieszczeń, gdzie tak wiele się wydarzyło? Ten ołtarzyk z radiem Sudety, trwale ustawionym na jedynkę, która transmitowała skoki Małysza, gdy Justyna tkwiła w bolesnym półprzysiadzie? W końcu, o czym prawie zapomniałem, bo czy w ogóle można jakąkolwiek wagę przypisywać temu, że po opuszczeniu szpitala chwilę po narodzinach, targnęły mną cholernie silne emocje, gdy doświadczyłem wybitej szyby w samochodzie i braku kurtek z tylnego siedzenia? Co więcej, chwilę później skończyła się benzyna w baku i z powrotem do szpitala drałowałem na piechotę?

Opieram się tej hierarchiczności, przypominając sobie nieistotny moment, gdy parę kroków ode mnie zatrzymał się lekarz i pokazując mnie palcem zaniósł się śmiechem kwitując mój zarost gromkim “Broda jak u Mickiewicza!”. I – paradoksalnie – ucieszył mnie tamten moment tak samo wtedy, jak i teraz, bo ten młody lekarz zdawał się mieć niemałe poczucie humoru – pomimo tego, że bezpośrednio nie uczestniczył w naszej fabule zdążył uraczyć rwaną bólem Justynę “Pani tu rodzi czy tylko spaceruje?”.

Opieram się, acz bezskutecznie, bo dochodzi do mnie, że motywacją, która pchnęła mnie do puszczenia tego filmu z przeszłości była chęć usidlenia, nazwania, przyszpilenia tego, co pamiętać warto, a czego nie. Uciekając od wyobrażonej hegemonii pamięci, która płynnie przemienia niebyt w byt, a byt w niebyt, jeszcze bardziej w nim się pogrążam.

Czy to nie dlatego, że pamięć służy zachłannemu panu, który chce formę chwil i płynność czasu w chwili obecnej i nieskończoności zarazem zamknąć? Wszystko teraz. To i tamto zawsze. To i tamto teraz, a wszystko zawsze.

tatafi
| FOTO

poradnia preluksacyjna

21 marca 2008

Czuję się jak ignorant, bowiem nadal nie wiem co to preluksacja.
Znowu lekarz, a raczej lekarka. Ze 2x starsza niż ta sprzed tygodnia. No i specjalistka (poprzednia nie wzbudziła zaufania, poza tym na pieczątce miała zbyt ogólne ‘lekarz’). Pogoda jak zwykle dopisała, tym razem w pół godziny kompletnie chowając samochód pod śniegiem.

Poradnia przesympatyczna. Drzwi wejściowe witają rozkosznym:

Bądź człowiekiem, zamknij drzwi

W środku zasadniczo tabuny chorych i krzyczących dzieci. Fi lubi dzieci, na tyle, że z zamkniętymi oczyma, w bezruchu delektował się ich obecnością. Mniej więcej tak samo doceniał mroźny wiatr na policzkach. Szczęśliwie gabinet przeluks… znajdował się w oddalonym od zgiełku korytarzu.

Fi subtelnie siknął na leżankę, za to Pani powyginała nóżki, ponaciągała ścięgna, pouciskała bioderka, powykręcała główkę i ze stoickim spokojem (do konia, naprawdę brakowało jej odchylanego fotela i papierosa w szklanej lufce) oznajmiła, że Fi ma lekki przykurcz mięśnia po lewej stronie karku. I tak jak Fi faktycznie woli główkę przekręcać w prawo, tak badania mu się nie podobały – choć mniemam tylko po natężeniu drgań z gardzieli maleństwa. Kilka ćwiczeń i ma przejść. Tylko jak go trzymać w pozycji żabki na brzuchu, skoro on coraz częściej nogi prostuje?

tatafi
| FOTO

trąbka pompka

20 marca 2008

W sobotę udało się uruchomić Fipojazd. Pogoda dopisała, odpowiednio niska temperatura zapewniła wybicie wszelakich zarazków na twarzy dziecka. Wybiła także wszystkich rowerzystów, na których pomyślałem zapolować w poszukiwaniu pompki. Po co pompka? Ano niełatwo się pcha wózek z dwoma kółkami bez powietrza – okazało się, że wentyle nie były kompatybilne z naszą pompką. Z sąsiada zresztą też. Na dodatek nawet jakby ta cholerna pompka była, to jak miałbym się nią posłużyć, by ciśnienie w kole nie było większe niż 250 kPa? Może jakbym pompkę miał, to znając swoje skłonności do przesady, przepompowałbym kółeczka, co byłoby zagrożeniem dla Fi? Nieważne. Ważne, że stojąc 15 minut na wietrze, oczekując przybycia małżonki, Fi postanowił odśpiewać parę hymnów na cześć swego dyskomfortu (głodu? kupy? przemarznięcia? opuszczenia?). Popis na tyle był udany, że z siatami zakupów i pustymi od powietrza kółeczkami pruliśmy do domu spoglądając z niepokojem po sobie nawzajem.

Na szczęście na zdjęciach nie widać flaków, to byłby dopiero obciach.

tatafi
| FOTO

zdrów jak ryba

18 marca 2008

Czasem mam wrażenie, że Fi przybiera na wadze z godziny na godzinę. Wychodzę, wracam, a młody jakby bardziej okrągły na twarzy, podbródki już 2, tylko czekać na kolejne. Co prawda Goście wyśmiali naszą konstatację dotyczącą kolan Fi, że niby tłuszczem obrastają – słusznie, bo w sumie zaledwie zaczynają wyglądać normalnie, a nie jak u świeżo narodzonego chudziocha.

Nie ma bardziej wrażliwych i mniej obiektywnych obserwatorów zmian u małego jak rodzice. Bo niby głowę trzyma jak 2miesięcznik, gada jak 3miesięcznik, to będzie 2×3 więc pewnie rozwinięty jak półroczniak (kalkulacja godna Zenka z ‘Nie ma róży bez ognia’:)

. Byle w dumę nie popaść, chociaż można z nią trochę poigrać, no bo i jest z czego być dumnym. Radym, ucieszonym, bo wszystko to sprawia, że doświadczenie radości przeniosło się w trochę inne rejestry. W opisie trudno abstrahować od ekstremów w spektrum rozciągniętym od ‘cud’ czy ‘duch wcielony’ po ‘najfajniejszy gadżet’ – wszystko co pomiędzy wydaje się być słabe, a ekstrema z definicji przegięte. Wiedzą to dzieciaci – spotkałem ostatnio znajomą na korytarzu instytutu, która świadoma pozawerbalności doznań nie zadała absurdalnego pytania “no i jak się czujesz jako tata” tylko w formie pytania podsumowała “cieszycie się cudem rodzicielstwa?”.

No więc do sedna – w piątek udaliśmy się do lekarza na przegląd. Polecono po 3 tygodniach skonfrontować chowany w 4 ścianach skarb z pediatrą. Ten – bez entuzjazmu – obmacał, skwitował, że Fi jest OK, polecił to i owo do zakraplania bezzębnej jamy gębowej, wysłał na USG i wio. Fi nie był zbytnio zadowolony z dotyku obcych dłoni, choć powstrzymał się od złośliwości zlania moczem czy agresywnej, nadciśnieniowej defekacji na medyków – pewnie powstrzymała go pokora przed autorytetem fartuchów, bo w domu czasem nie ma oporów i wyraża się jak może.

Cieszę się, że zdrowy. W końcu ryba.

tatafi
| FOTO

szalona karma

16 marca 2008

znaczenie pojęcia “troska o dziecko” poznałam w ciągu pierwszych 24godzin od momentu wydania na świat Fi. nie zainteresowany był niczym innym, jak tylko snem, głębokim, niczym nie zmąconym. z podziwem i pewną odmianą zazdrości spoglądałam w kierunku karmiącej co chwila Bogusi, której syn urodził się godzinę wcześniej, i niemal od początku od piersi mamy się nie odrywał. za radą położnych próbowałam budzić Filipa i podawać mu choćby kilka kropel. w środku nocy odwiedzaliśmy poradnie laktacyjną, gdzie dzięki fachowej pomocy Mały wreszcie, niemal zmuszony przez kilkanaście minut spożywał. umiejętność tą w jakimś stopniu opanował w trzeciej dobie życia, gdzie nie odnotowano już spadku wagi, dzięki czemu mogliśmy wyjść ze szpitala. w ciągu pierwszych dwóch tygodni każde karmienie było skrupulatnie odnotowywane. ogromną radość sprawiał mi budzący się w środku nocy, po 3h snu syn, domagający się kolejnej dawki pokarmu.

od tygodnia Fi je kiedy chce. a ma ochotę często. nawet bardzo. w ciągu dnia zdarzają się 1,5 h przerwy.wczoraj rozwiały się wszelkie moje obawy, które gdzieś tam się jeszcze tliły: Syn w niespełna 3tyg. przybrał na wadze 800g, czyli tyle ile prawidłowo rozwijający się noworodek przybierać powinien, jak stwierdziła pediatra. czasem mam wrażenie, że karmienie wypełnia mi cały dzień. niewiele czasu zostaje na cokolwiek innego. mimo tego, jestem szalenie szczęśliwa, że potrafię dać swojemu dziecku, wszystko czego potrzebuje.

 

na zdjęciach można m.in. zobaczyć taniec i śpiew przedobiedni :)

mama_fi
| FOTO

Dziecięce kaprysy i Czarna Afryka

12 marca 2008

20080309_rafsagan7056.jpg

po wszelkich ochach!, achach! i zachwytach, że nasz syn jedyny jest dzieckiem wyjątkowym (wszak każde dziecko jest wyjątkowe) w kwestii swego miłego usposobienia i niemarudzenia, mały Fi poszedł w ślady większości niemowląt i zaczął z co dzień większą stanowczością w gardle domagać się skupiania na nim coraz większej uwagi. nie to, że mu jej nie poświęcamy. Fi ma natomiast od dni kilku szczególne zachcianki, mianowicie walczy o to, by w każdym momencie być noszonym. szczególnie zaś uspokaja go pozycja “przytulam się do Ciebie” gdzie główkę ma na wysokości obojczyka, a nogi podkulone przylegają w okolice brzucha. miewa też trudności ze spaniem, co jak łatwo się domyśleć wpływa bezpośrednio na rytm naszego snu. do niedawna jeszcze (przedwczoraj?) na pytanie czy się wysypiacie? ja, bez wahania odpowiadałam: TAK- co wprawiało niektórych w zdumienie i pewne niedowierzanie – dziś po przerywanej co półtorej godziny nocy, gdzie w finale szczęśliwy Potomek zasnął w naszym łóżku, przyznaję z pokorą, że macierzyństwo to nie tylko blaski i rozkoszne chwile, ale swoista szkoła przetrwania. w ciągu dnia wygodnym rozwiązaniem dla zaspokojenia potrzeb syna i w jakimś chociaż stopniu umożliwienia “normalnego” funkcjonowania jest zawinięcie małego w chustę i włączenie muzyki duchem z senegalu. 5 oktawowy głos Youssou N’Dour’a, działa bowiem na niego znacznie skuteczniej niż niejedna kołysanka.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

mama_fi
| FOTO, sound

pierwszy spacer

12 marca 2008

Nastała wiosna, więc postanowiliśmy, by Fi z domatora stał się – jak to na Kraków przystało – polakiem. Jednak od razu spacer pełną gębą po polu to zbyt wiele dla tej kruchej istotki, więc postanowiliśmy, że najpierw balkon. Zaświeciło słońce, pominęliśmy werandowanie i siup małego na pole.

Reakcja analogiczna do tej przy kąpieli. Fi się zahibernował. Zastanawia mnie, czy to błogość, czy też raczej cisza obronna w nowej, niepewnej sytuacji. Wątpię, żeby mały był już koneserem nieznanego, tak więc zakładam, że tak się oswajał. Powróciwszy po 10 minutach do mieszkania uronił parę łez, co by mogło znaczyć, że jednak mu się podobało.

Nazajutrz znowu błysnęło słońce. Zatem postanowiliśmy zabrać małego na pierwszy spacer po okolicy. Niestety, piraci z warsztatu skutecznie uniemożliwili uruchomienie bolida z gondolą, więc została metoda alternatywna. Chusta (thx Łucja!). Znowu hibernacja. Parter, promienie słoneczne – jeszcze głębszy stan hibernacji. Obeszliśmy okolicę, Fi widział już z balkonu stację przesyłową (a może nie widział – hibernacja), więc pokazaliśmy mu niebo, druty wysokiego napięcia, działki i tory tramwajowe. Nic nie mówił, więc domniemam, że mu się podobało.

tatafi
| FOTO

2 tygodnie

8 marca 2008

Trudno uniknąć egzaltacji, gdy się pisze o swoim dziecku, które jest tutaj zaledwie parę chwil. Nie inaczej – 2 tygodnie, które upłynęły wczoraj wieczorem strzeliły szybciej, niż myśl o nich. Bo myśli egzaltowane – jeśli już znajdzie się moment na konfrontacje z nimi – przepełnione emocjami wcześniej tak bardzo niedostępnymi. Radość w czystej postaci. Pomimo tylu momentów, które gdy trwają można by swobodnie uznać za krytyczne, Fi jest bezapelacyjnie cudem.

14 dni wystarczyły, by Fi przeszedł długą drogę w ontogenezie; tak jak pierwszego dnia miałem wrażenie, że jest on warzywem (przez pierwsze 24 h prawie w ogóle nie jadł), po kilku dniach zaczął być całkiem wyraźnym zwierzakiem, którego rozrywką było obsikiwanie taty tudzież 2 pod ciśnieniem skierowane w moim kierunku, tak obecnie wszystko wskazuje, że mamy w pokoju kolejnego człowieka, którego potencjał coraz wyraźniej się zarysowuje.

Tak w 22 fotach można podejrzeć, jak zmieniał się Fi.

tatafi
| FOTO

14 dni i blizna po matce

7 marca 2008

20080306_rafsagan69165.jpg

czytając tzw. literaturę fachową, przeglądając portale specjalizujące się w dostarczaniu cennych wskazówek przyszłym mamom spotkałam się z informacjami o zbawiennym działaniu endorfin, o motywującym działaniu adrenaliny w ostatniej fazie porodu, itd. nie znalazłam jednak w żadnym ani słowa o tym, że w jakiś cudowny sposób, za pomocą któregoś z hormonów mój organizm, przez kolejne kilka dni po porodzie będzie działał niczym perpetuum mobile, z podwójną dawką mocy. i że nie potrzeba będzie ani zbyt wiele snu, ani specjalnych pokładów wartości odżywczych. myślałam więc, że stan ten to już norma. przecież 9 miesięcy temu 5h dawka snu wystarczała zupełnie. jakież więc moje zdziwienie, kiedy pewnej nocy zbudzona pojękiwaniem syna, miast poderwać się w gotowości, otwierając oko lewe ( żeby skontrolować, czy z Potomkiem wszystko należycie) z ust moich wypadło cichutkie : ciiiiiiiiii. i kolejne.

zrozumiałam w końcu Rafała, który choć dzielnie obsługuje syna przy zmianie kolejnej tej samej nocy pieluchy, to jednak z entuzjazmem zasadniczo różnym od tego, którym emanowałam w pierwszych dniach.

 

Fi skończył 14 dzień, coraz bliżej mu do okresu niemowlęctwa. z dnia na dzień więcej rozumie, z ogromną siłą w płucach potrafi się już dopominać o ulubiony przysmak, płynący z moich mlecznych piersi. dziś w nocy pożegnaliśmy się z kikutem pępowiny. została blizna po matce. piękna.

 

mama_fi
| FOTO
  • Strona 1 z 2
  • 1
  • 2
  • >

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress