pierwszy spacer
Nastała wiosna, więc postanowiliśmy, by Fi z domatora stał się – jak to na Kraków przystało – polakiem. Jednak od razu spacer pełną gębą po polu to zbyt wiele dla tej kruchej istotki, więc postanowiliśmy, że najpierw balkon. Zaświeciło słońce, pominęliśmy werandowanie i siup małego na pole.
Reakcja analogiczna do tej przy kąpieli. Fi się zahibernował. Zastanawia mnie, czy to błogość, czy też raczej cisza obronna w nowej, niepewnej sytuacji. Wątpię, żeby mały był już koneserem nieznanego, tak więc zakładam, że tak się oswajał. Powróciwszy po 10 minutach do mieszkania uronił parę łez, co by mogło znaczyć, że jednak mu się podobało.
Nazajutrz znowu błysnęło słońce. Zatem postanowiliśmy zabrać małego na pierwszy spacer po okolicy. Niestety, piraci z warsztatu skutecznie uniemożliwili uruchomienie bolida z gondolą, więc została metoda alternatywna. Chusta (thx Łucja!). Znowu hibernacja. Parter, promienie słoneczne – jeszcze głębszy stan hibernacji. Obeszliśmy okolicę, Fi widział już z balkonu stację przesyłową (a może nie widział – hibernacja), więc pokazaliśmy mu niebo, druty wysokiego napięcia, działki i tory tramwajowe. Nic nie mówił, więc domniemam, że mu się podobało.
Podobne posty:
- parkowe odwilże Większą część zimy – z konieczności filipowookołochorobowych - musieliśmy spędzić w domu, co skutecznie uniemożliwiło...
- w końcu spacer Korzystając z pierwszych wiosennych powiewów słońca, Fi wyskoczył z polarnego skafandra, wzuł buty i zabrał...
