baranki w pieluchach

24 kwietnia 2008

piękny dziś mieliśmy dzień. bez pośpiechu. bez biegania. zdążymy to dotrzemy, nie, to nic się nie dzieje. to pójdziemy na spacer, gdziekolwiek. zdążyliśmy. baranki w pieluchach, dla mamy i malucha. i rzeczywiście Rafał był jedynym mężczyzną na sali kinowej pośród kilkunastu kobiet z dzieciakami to uwieszonymi u piersi, to z zaciekawieniem spoglądającymi na olbrzymi ekran. film o słodko brzmiącym tytule, z pięknymi scenami, gładko namalowaną fabułą, nieco almodovarem ( w szczytowej formie) pachnący. gorąco polecam “karmel” nadine labaki. podczas gdy inne grzeczne dzieci pogrążył sen, Syn zapragnął jeść. gdy jego pragnienie zostało zaspokojone, miał ochotę trochę pomarudzić ( może zachęcony śmiałymi krzykami kolegi? ) – film przecież niekoniecznie oglądać trzeba siedząc. sytuacja jednak szybko została opanowana, i Fi w końcówce już projekcji usnął.

wolnym krokiem powędrowaliśmy wzdłuż grodzkiej, potem kawałek plantami, znów trafiliśmy na rynek. umówiliśmy się z Olą na lunch, a że mieliśmy ochotę na pizzę, udaliśmy się do ulubionej Mamma Mia. zanim my doczekaliśmy realizacji zamówienia, Fi już zdążył nasycić żołądek.. później jeszcze lody włoskie na deser, w drodze w kierunku wawelu. spacer wzdłuż wisły. obok mnóstwo wycieczek ( już zaczął się sezon ) gimnazjalistów, obcokrajowców ( dla tych sezon trwa nieprzerwanie ). Położyliśmy się na soczystozielonej trawie, patrząc na wolno przepływające drobne obłoki. syn zgłodniał. zastanawiam się, kiedy będę mogła powiedzieć, że karmiłam już dosłownie wszędzie..

pięknie dziś, uwielbiam wiosnę.

mama_fi
| FOTO

dementi

24 kwietnia 2008

Co za gafa z mojej strony. Co za fatum, że gdy tylko się dziecko pochwali, to ono zaczyna działać dokładnie na opak. Kulturalna kurka niby – tak napisałem, tak myślałem, jednak dzisiejszy dzień zweryfikował moje mylne mniemania. Wstyd mnie pożarł, że aż fot nie będzie, bo by się strona spaliła.

To, że Fi po raz pierwszy jechał tramwajem i autobusem bez biletu to drobiazg. Że krzyczał w środku komunikacji miejskiej to też nic – wiadomo, że młodsze pokolenia są coraz bardziej rozwydrzone. Jednak fakt, że do kina przedostał się również bez biletu, to już zakrawa na większe wykroczenie, jednak niekoniecznie przekreślające status osoby kulturalnej. Natomiast to, że pierwszą połowę filmu gadał, płakał, bekał i puszczał bąki, a drugą przespał jest zbrodnią w biały dzień. Mało tego, angażował w swój gderliwy proceder również nas, którzy zamiast w milczeniu gapić się w ekran, łaziliśmy, szeptaliśmy, i co chwilę robiliśmy to cholerne ciiiii.

Zresztą, połowa sali robiła co chwilę ciiiii. Tak więc pewnie Fi najzwyczajniej podległ wpływowi ekspresowej demoralizacji ze strony sali, którą wypełniały młode matuszki ze swoimi kudłatymi i gdakającymi pociechami. Nie powiem, że po brzegi, bo było nas w sumie nie więcej jak 25 osób na 128 miejsc, jednak było gęsto i głośno, jak gdyby na sali było parę setek. Na początku zdawało mi się, że to idzie falami. Brzmiało jak lament kobiet, które ocalały ze spacyfikowanej wioski i opłakują swoich mężczyzn, potem wydawało mi się, że jestem w świątyni, wypełnionej żarliwie mantrującymi/modlącymi się wyznawcami, by w końcu poczuć się jak w kurniku, pełnym gdakających, piejących, mlaskających, bekających i pierdzących kurek. Czyli coś, co znam z własnego podwórka, a co jest wspaniałym treningiem wytrzymałości systemu nerwowego. Przez pierwsze pół godziny udało mi się zarejestrować zaledwie 2 chwile sekundowej ciszy. Gdy zdałem sobie sprawę, że falowość tego fenomenu tworzy się na moim wejściu, bo tak reaguje system nerwowy na irytujące właściwości otoczenia, poczułem się jakbym pływał w komorze deprywacyjnej, gdzie z głośników płynie jednostajny hałas, na który ewolucyjnie ucho ludzkie jest wyjątkowo wyczulone. To absolutnie nie były fale, poziom decybeli był prawie niezmienny, tylko aktywne gardła tudzież inne wyloty zastępowały te ucichające.

Po pół godzinie zdałem sobie sprawę, jakim frajerem jestem, że na własne życzenie przeszedłem z deszczu pod rynnę buląc 10zł i poniewieram swój system nerwowy w tak masochistyczny sposób. Toć ta kakofonia składa się z dźwięków, które nawet w ciepełku domowego zacisza do pożądanych nie należą.

Zastanawiałem się, czy współoglądacze gdakacze byli winni temu, że początek filmu wydawał się słaby, czy też słaby początek filmu tylko dolewał do ogólnie dramatycznej sytuacji. Na szczęście po czasie większość towarzystwa przysnęła i jakoś poszło. Film okazał się wspaniały, skreśliłem się z listy frajerów, pojawiły się refleksje związane z faktem, że byłem jedynym samcem na sali, że świat kobiet to jednak inna bajka, do którego – pomimo dość dobrego kontaktu z żeńskim pierwiastkiem w sobie – nie mam dostępu, a który jest tak inny, tak wytrzymały (w sensie z jajami) i pełny subtelności, że zagwizdać i pozazdrościć tylko. Sytuacja i film spotęgowały się nawzajem tworząc takie wrażenie. Niepowtarzalne przeżycie.

Co więcej, na koniec dorwała mnie pani z mikrofonem z RMF Classic i spytała co sądzę o pomyśle takich seansów. Nie ukrywałem, że było ciężko. Nie ukrywałem, że jak ktoś ma alternatywę wieczornego kina domowego, to niech olewa Baranki w Glanach po Systemie Nerwowym Skakanki i czeka, aż dziecko zaśnie, by coś obejrzeć. I znowu trzask prask, spóźniona refleksja. Toć wokół same babki, a ta spytała faceta. Coś zaśmierdziało, a ja poczułem się jak ostatni frajer, że daję mało reprezentatywny głos. Po czym okazało się, że akcja była ustawiona, że wszystko było ukartowane i męski głos był konieczny, by kino nie zbankrutowało po pozwach mężczyzn, których już sama nazwa seansów wyklucza ze zbioru osób mile widzianych.

Było “Baranki w pieluchach, dla mamy i malucha”, teraz prawdopodobnie będzie “Baranki w pieluchach, dla mamy, twardziela i malucha”.

Żeby tematu braku kultury stało się zadość, dodam jeszcze przysłowiowy miętowy opłatek. Na własne oczy widziałem, jak w samym środku miasta mały bezwstydnik jął lizać nieco obnażoną pierś mej małżonki; pośród tysięcy zblazowanych spacerowiczów, którzy postanowili skorzystać ze słonecznej aury wybierając się na spacer bulwarami nad rzeczką w okolicy Wawelu. Szczyt barbarzyństwa!

tatafi
| noFOTO

mój syn ma 2 miesiące

23 kwietnia 2008

Dość niezwykłe to było – usłyszeć siebie wypowiadającego te słowa. Jakaś spotęgowana świadomość się włączyła, inna od tej ciągłej, niewerbalizowanej. Świadomość, że oto on jest. Jest On. I to coraz większy. Zwłaszcza coraz cięższy – już jego nalane policzki zdradzają, że mówimy o 5kg+. Apetytem bije nas o parę długości, przy okazji pokazując nam dosłowność wyrażeń ‘mieć mleko pod nosem‘ czy ‘jeść, aż się uszy trzęsą“.

Jest mistrzem dźwięków i zadartej głowy. Gdakanie przeistoczyło się w popisy, które z dnia na dzień zaskakują. Trochę przesadnie rzecz ujmując, można powiedzieć, że pierwsze ‘mama’ Fi ma już za sobą. I pomimo iż z niepokojem oczekuję na ‘tata’, ten robi wariacje na temat ‘ma’. Wariacje na temat ‘gu’ były miesiąc temu.

Tak samo jak zadarta na kilka minut głowa, gdy leży na brzuchu. Nie trzeba mówić nawet, jaki to miód w ucho rodzica, gdy pani pediatra ekscytuje się, że Fi podnosi głowę jak trzymiesięczniak. A gdy jeszcze inna pani dochtor mówi, że stawy ma jak malowane, to sobota w dobrym humorze gwarantowana. Ot, małe rzeczy, a tyle radości.

Dodatkowo okazuje się niebywale kulturalną istotą, bo oprócz śpiewów za dnia, noc przesypia całą, z jedną pobudką na chrumanie, a zmiana pieluchy to już od ponad tygodnia czynność pro forma, gdyż Fi zaprzestał nocnych dwójek. Nie dość, że dziecko nie ma problemów z defekacją, to jeszcze wspaniałomyślnie ułatwia życie rodzicom. W nocy. W dzień czasem zdarza mu się utrudnić. Na szczęście farba na ścianie jest zmywalna, a ciśnienie nie na tyle silne, by zaszkodzić jej fakturze. Dodatkowo puszcza bańki. Ustami rzecz jasna. I coraz więcej leży na lewej główce, równo odgniatając wciąż miękką czaszkę. Codziennie rano około godziny leży z nami i śmieje się bardziej lub mniej głośno, sapiąc przy tym nieprzerwanie niczym chart. To nowość – pięknie uzupełnia wieczorną, połazienkową ekstazę.

No i w końcu od pewnego czasu poza domem z hibernatusa zamienił się w normalne, 2miesięczne dziecko, które czasem patrzy, czasem nie, czasem ma lepszy, a czasem gorszy humor, czasem śpi, a czasem gdaka. Gdacze.

Ot, po prostu, cudowna kurka.

tatafi
| FOTO

bezzębne uśmiechy

17 kwietnia 2008

wiem już, czemu niektórzy tak stanowczo wzbraniają się przed rodzicielstwem. dlaczego ci, którzy rodzicami są, w momentach krytycznych ( które zdarzają się częściej , często lub prawie wcale ) podnoszą lament, przy opadających rękach. otóż najmilsze nawet dziecko potrafi ( i z pewnością będzie wykorzystywało! ) tak zagrać na emocjach rodziców, że podporządkują mu się niemal całkowicie. niemal, bo dla zdrowia wszystkich pewien margines jest niezbędny. jednocześnie trudno jest wyznaczyć granicę, uszeregować zachowania, kiedy ma się do czynienia z małym człowiekiem, który niewiele przecież rozumie. który głównie czuje, odczuwa, ma potrzeby wymagające natychmiastowego zaspokojenia, dając w zamian bezzębne uśmiechy i żółte kupki. z każdym kolejnym dniem jego potencjał jest większy, potrafi zaskakiwać co chwila.

dzięki weekendowej obecności Dziadków, udało nam się wyrwać do kina. dziś pierwszy obiad poza domem. razem z synem. dotarł wreszcie nowy bolid. Fi wygląda w nim na zadowolonego. mama z całym przekonaniem zadowolona jest. dzisiejszy spacer, którego w zamierzeniu trasa przebiegać miała wzdłuż wisły, ostatecznie w parku jordana znalazł swój finisz. wyprawa niekrótka, w czasie której Fi zdążył szalenie zgłodnieć, więc kolejny posiłek na świeżym powietrzu zaliczony. jak dobrze, że najlepsze danie zawsze mamy przy sobie

mama_fi
| FOTO

filip wariatka

7 kwietnia 2008

Dziecko się zepsuło.

Ile razy mi przychodzi słyszeć te słowa. Czasami się psuje. Nie raz w nocy, gdy zarysowuje się konflikt interesu, bo dziecko w nocy powinno spać, a nie gdakać. Filip gdaka. Gdacze. Dziumdzia i gwarzy, prawie ku naszej uciesze, bowiem dźwięki wydaje fantastyczne – prawie, bo w nocy, gdzie blurpnięcie równa się pobudka.

Ile razy przychodzi nam słyszeć pytanie, czy jeszcze żyjemy po pierwszym miesiącu. Owszem, żyjemy, przyzwoicie, dzięki. Zdziwienie towarzyszy sugestiom, że pierwszy miesiąc to taka katorga. To chyba nic strasznego, że w nocy się wstaje, jajecznice wynosi, portki nowe na tyłek, do cyca, odbić, pogłaskać, w najgorszym razie posłuchać gdakania. Pierwszy miesiąc to raczej czas oswajania z nowym typem radości. I nauką, że wszystko, co działa, czasem się psuje.

Przez ponad tydzień uprawialiśmy co-sleeping, co poskutkowało niemożliwością odstawienia Fi na dłużej niż krótką chwilę – tak się przyzwyczaił do naszej bliskości, że nie tolerował jej braku. Wtedy płakał. Denerwująco wył. Darł się i krzyczał, a umiejętności chwytania za serce wypracowuje coraz to bardziej efektywne. Więc aby ulżyć trochę, Fi na nocki powrócił do swego łóżeczka.

Zepsuł się, gdy mu przepuklina wyszła. Gdy jest głodny się psuje, bo głosu używa trochę zbyt intensywnie. Choć coraz rzadziej to płacz. Nie gdakanie. To raczej frywolne piski, buczenie, preludia różne, które kiedyś kończyły się płaczem, teraz zaledwie zdziwionym wzrokiem, który krzyczy JEść!

Fakt, dzisiaj były dwa głośniejsze okrzyki, lecz na tyle uzasadnione, że Fi ani się nie zepsuł, ani nie został nazwany wariatką. Ukłucia szczepienne – okrutne zagranie, gdy należy dziecko wziąć na ręce, przytulić, by rozpłynęło się w uścisku rodzica, podczas gdy położna błyska igłą na strzykawce, żeby za moment – wykorzystując chwile błogości – zaatakować od tyłu w ramię i udo.

Kochana wariatka.

tatafi
| FOTO

nobody expects mr. hickup

2 kwietnia 2008

Przychodzi w momentach najmniej spodziewanych. Nie tylko, gdy przebrać trzeba. Po jedzeniu, przed jedzeniem, po ziewie, po gadulstwie, po zapatrzeniu, po niewiadomoczym. Przychodzi niezaproszony. Niechciany. Wpada i nie chce wyjść. Lubi Fi, a nasycić się może wyłącznie piersią mamy – wtedy idzie precz. Znamy go od paru ładnych miesięcy – kiedy jeszcze nie można go było piersią przekupić. Zdarzyło się, że działały mantry, lecz nie raz przychodził do nas na całą noc. Uwielbiał bawić się (z) Fi – chyba to właśnie sprawiło, że ten zdążył się do niego przyzwyczaić, jak do brata.

20080402_rafsagan7951_panczkawka.jpg

Pan Czkawka. Napadł, gdy mamafi wyszła do lekarza, a ja zostałem z Fi sam. Bez ratunku.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

tatafi
| FOTO

wiosna, wiosna..

1 kwietnia 2008

od kilku dni mamy w krakowie wiosnę. słońce obdarza nas szczodrze, posyła promieniste uśmiechy. spacerujemy trzymając się za ręce. we troje.

za nami pierwsze wizyty z Fi. zupełnie spontaniczne, krótkie wypady i całkiem niekrótkie spotkania w stałym gronie, na – roboczo przeze mnie zwanych – ‘krakowskich obiadach’. mały Fi był też w ostatnią niedzielę najmłodszym chyba członkiem manify pod znakiem ‘wolny Tybet’. zapewne po mnie ma zamiłowanie do dźwięków, które wydaje rytmiczne uderzanie w bongosy (transowe, podniecające), bo kiedy w odległości najwyżej 1,5metra zaczynają owe dźwięki rozbrzmiewać mały ochoczo otwiera jedno oko i z rozmarzeniem zapada w sen ponownie.

ja budzę się do życia, całą sobą.

mama_fi
| FOTO

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress