Co za gafa z mojej strony. Co za fatum, że gdy tylko się dziecko pochwali, to ono zaczyna działać dokładnie na opak. Kulturalna kurka niby – tak napisałem, tak myślałem, jednak dzisiejszy dzień zweryfikował moje mylne mniemania. Wstyd mnie pożarł, że aż fot nie będzie, bo by się strona spaliła.
To, że Fi po raz pierwszy jechał tramwajem i autobusem bez biletu to drobiazg. Że krzyczał w środku komunikacji miejskiej to też nic – wiadomo, że młodsze pokolenia są coraz bardziej rozwydrzone. Jednak fakt, że do kina przedostał się również bez biletu, to już zakrawa na większe wykroczenie, jednak niekoniecznie przekreślające status osoby kulturalnej. Natomiast to, że pierwszą połowę filmu gadał, płakał, bekał i puszczał bąki, a drugą przespał jest zbrodnią w biały dzień. Mało tego, angażował w swój gderliwy proceder również nas, którzy zamiast w milczeniu gapić się w ekran, łaziliśmy, szeptaliśmy, i co chwilę robiliśmy to cholerne ciiiii.
Zresztą, połowa sali robiła co chwilę ciiiii. Tak więc pewnie Fi najzwyczajniej podległ wpływowi ekspresowej demoralizacji ze strony sali, którą wypełniały młode matuszki ze swoimi kudłatymi i gdakającymi pociechami. Nie powiem, że po brzegi, bo było nas w sumie nie więcej jak 25 osób na 128 miejsc, jednak było gęsto i głośno, jak gdyby na sali było parę setek. Na początku zdawało mi się, że to idzie falami. Brzmiało jak lament kobiet, które ocalały ze spacyfikowanej wioski i opłakują swoich mężczyzn, potem wydawało mi się, że jestem w świątyni, wypełnionej żarliwie mantrującymi/modlącymi się wyznawcami, by w końcu poczuć się jak w kurniku, pełnym gdakających, piejących, mlaskających, bekających i pierdzących kurek. Czyli coś, co znam z własnego podwórka, a co jest wspaniałym treningiem wytrzymałości systemu nerwowego. Przez pierwsze pół godziny udało mi się zarejestrować zaledwie 2 chwile sekundowej ciszy. Gdy zdałem sobie sprawę, że falowość tego fenomenu tworzy się na moim wejściu, bo tak reaguje system nerwowy na irytujące właściwości otoczenia, poczułem się jakbym pływał w komorze deprywacyjnej, gdzie z głośników płynie jednostajny hałas, na który ewolucyjnie ucho ludzkie jest wyjątkowo wyczulone. To absolutnie nie były fale, poziom decybeli był prawie niezmienny, tylko aktywne gardła tudzież inne wyloty zastępowały te ucichające.
Po pół godzinie zdałem sobie sprawę, jakim frajerem jestem, że na własne życzenie przeszedłem z deszczu pod rynnę buląc 10zł i poniewieram swój system nerwowy w tak masochistyczny sposób. Toć ta kakofonia składa się z dźwięków, które nawet w ciepełku domowego zacisza do pożądanych nie należą.
Zastanawiałem się, czy współoglądacze gdakacze byli winni temu, że początek filmu wydawał się słaby, czy też słaby początek filmu tylko dolewał do ogólnie dramatycznej sytuacji. Na szczęście po czasie większość towarzystwa przysnęła i jakoś poszło. Film okazał się wspaniały, skreśliłem się z listy frajerów, pojawiły się refleksje związane z faktem, że byłem jedynym samcem na sali, że świat kobiet to jednak inna bajka, do którego – pomimo dość dobrego kontaktu z żeńskim pierwiastkiem w sobie – nie mam dostępu, a który jest tak inny, tak wytrzymały (w sensie z jajami) i pełny subtelności, że zagwizdać i pozazdrościć tylko. Sytuacja i film spotęgowały się nawzajem tworząc takie wrażenie. Niepowtarzalne przeżycie.
Co więcej, na koniec dorwała mnie pani z mikrofonem z RMF Classic i spytała co sądzę o pomyśle takich seansów. Nie ukrywałem, że było ciężko. Nie ukrywałem, że jak ktoś ma alternatywę wieczornego kina domowego, to niech olewa Baranki w Glanach po Systemie Nerwowym Skakanki i czeka, aż dziecko zaśnie, by coś obejrzeć. I znowu trzask prask, spóźniona refleksja. Toć wokół same babki, a ta spytała faceta. Coś zaśmierdziało, a ja poczułem się jak ostatni frajer, że daję mało reprezentatywny głos. Po czym okazało się, że akcja była ustawiona, że wszystko było ukartowane i męski głos był konieczny, by kino nie zbankrutowało po pozwach mężczyzn, których już sama nazwa seansów wyklucza ze zbioru osób mile widzianych.
Było “Baranki w pieluchach, dla mamy i malucha”, teraz prawdopodobnie będzie “Baranki w pieluchach, dla mamy, twardziela i malucha”.
Żeby tematu braku kultury stało się zadość, dodam jeszcze przysłowiowy miętowy opłatek. Na własne oczy widziałem, jak w samym środku miasta mały bezwstydnik jął lizać nieco obnażoną pierś mej małżonki; pośród tysięcy zblazowanych spacerowiczów, którzy postanowili skorzystać ze słonecznej aury wybierając się na spacer bulwarami nad rzeczką w okolicy Wawelu. Szczyt barbarzyństwa!