Leżąc samemu w ciemnym pokoju, który wydaje się obcy, przelatują obrazy dnia. Tak jak duże napięcie, taka i ulga. Operacja się udała, pomimo iż nie było szansy, by poszło inaczej. Z takim przekonaniem żyłem, aczkolwiek podskórnie obawa drążyła swe tunele. Na tyle owocnie, że uchodząc pozbawiła mnie na ładnych parę minut poczucia realności. Na domiar brakowało dwóch najistotniejszych punktów odniesienia – kurki i małżonki. Dziwnie się zasypia we własnym łóżku ze świadomością, że pokrojony i zeszyty w linię syn leży 11 km stąd, a małżonka na krześle przy nim forsuje kręgosłup zapadając w niespokojne drzemki. Szpital nic miłego, choć korytarze szerokie i kolory ładne.
Bolesne są otarcia o przypadki znacznie poważniejsze niż nasz – na pół poważny. Mówiąc tak pytam siebie, czy może tak postawiona sprawa nie jest wyrazem mojego lekceważenia, szybko jednak rozprawiam się z rozterką. Przed oczami staje lekarz, który na obchodzie pogodnie macha ręką oraz pielęgniarki, które ze śmiechem mówią o Przepuklince. W domu Fi nazywany jest różnie – póki co. Jednak w szpitalu można wymagać powagi. No chyba że przypadek jest na pół poważny.
Bolesne są otarcia o przypadki znacznie poważniejsze niż nasz – dzielenie poczekalni z rodzicami, których dziecko przechodzi właśnie kilkugodzinną operację stawów biodrowych czy też chwila z przestraszoną mamą, z której rozmowy z lekarzem wynika, że przed nimi trudna operacja na płucach. Nie wspominam nawet korytarzy wypełnionych przykładami tego, co może pójść nie tak. Szpital dziecięcy niczym sklep Smyk – nie jest za fajnie, gdy zapuści się tam z dzieckiem. W Smyku dziecko może oszaleć, w szpitalu rodzice.
Mniej bolesne dla mnie jest patrzenie, jak Fi się wybudza. Pomimo iż jego spojrzenie mętne i ćpuńskie, budzi się i jest. Poboli i przejdzie. Płacz raczej z głodu – do tego przyzwyczajono nas już przed zabiegiem, każąc nam przyjść na głodzie i czekać odrobinę, co wydłużyło post Fi do 9h, podczas których w codziennym rytuale następuje najbardziej intensywne, poranne karmienie. Tak więc płacz z głodu, w drugiej kolejności płacz z bólu. Z tym drugim w szpitalu postępuje się radykalnie – dwie skrzykaweczki po 3ml każda, które podpięte do venflona (na szczęście na ręce a nie na głowie) równają się odlotowi syna w 5 sekund. Nawiasem to całkiem interesujące przeżycie, widzieć jak syn odpływa jakby spalił brałna. Niekoniecznie pożądane, trochę niezrozumiałe (toć ból nie jest chyba tak straszny, skoro jutro ma nie być po nim śladu) i na pewno niemiłe dla matki.
Niemniej Fi się nie rozkleja, nie jest płaczliwy, wsuwa cycki, nie ma kolek, przesypia noce i szybko przybiera na wadze, czego świadomość skutecznie rekompensuje jakiekolwiek chwilowe obniżenia formy, które przecież konieczne są po – bądź co bądź – operacji przy znieczuleniu ogólnym.