frombork trip

27 maja 2008

Uff. Wróciliśmy. Fi przeżył jakoś tę podróż. W sumie 1500 km i 23 godziny spędzone w kilkunastoletnim Fiacie Uno, na ostatnim, 8 godzinnym odcinku w kilkudziesięciostopniowym upale. Po raz pierwszy usłyszał morze, po raz drugi zobaczył dziadków, po raz kolejny spał w innym łóżku. Nie wygląda na to, żeby tryb taki był dla niego wyczerpujący. Niby dziecko potrzebuje porządku, rytmu. Z pewnością, skoro tak mądre głowy piszą. Niemniej czy naprawde tak ściśle tedy dodefiniowany jest porządek? A może jeszcze Fi nie wymaga tak bardzo regularności trybu? Pomyślałbym tak, gdyby nie fakt, że precyzyjnie o 1930 zaczyna grymasić wymagając na nas zanurzenie go w wodzie. Czyli jakiś rytuał jest. Rytuał grymaszenia, bo kąpiel od czasu do czasu wypadnie. Sporadycznie, ale jednak. Tak jak we Fromborku, który nawiedziliśmy z okazji ślubu Oli i Artura, czy Serocku u Rafała i Moniki, gdzie ciepło gospodarzy zasługuje na 5 gwiazdek. Pierwsze służbowe wakacje za nami.

tatafi
| FOTO

goleś

21 maja 2008

Jak to ma w zwyczaju, wpadł znikąd i donikąd go wywiało. Wczoraj z emerytami w Etiopii, jutro jako kierowca karetki w relacji Madryt-Wrocław.

Latający Zdrój, nartołamacz, energotrysk, niepoprawny i niestworzony człowiek z domem zawsze przy sobie. Rozmaici goście zostawiają po sobie to lub owo – Tomek zostawił parę zdjęć.

Copyright fikcja.pl

tatafi
| FOTO

maj, jak zawsze – najpiękniejszy..

16 maja 2008

fot.efca

mimo, że początek był trudny. mimo, że mąż na jeden i pół dnia podupadł na zdrowiu. wszystko wróciło do normy. uff!

więc znów włóczymy się po mieście bez końca. zaglądamy do tej i tamtej galerii. ładujemy baterie. Filip najwyraźniej złapał nasz rytm. uśmiecha się, kiedy widzi nad sobą błękit nieba. obserwuję u niego przeogromną chęć do poznawania. wszak wszystko jest ciekawe, co dzień odkrywa nowe, zaskakujące. dla nas niby oczywiste, widziane po raz kolejny. jednak zwracam uwagę na nowo, staram się widzieć jego oczyma. cudowność codzienności. doskonałość natury.

mama_fi
| FOTO

sprawdzian emocjonalnej wytrzymałości

9 maja 2008

wszystko poszło po naszej myśli. operacja się udała. dziecko już się wybudza

- usłyszeliśmy godzinę po tym, jak nasze “umierające” z głodu dziecko zniknęło z pola widzenia. po raz kolejny, acz bynajmniej nie ostatni tego dnia czułam jak mięknę, jak łzy napływają do oczu. nie ze strachu już, nie z bezsilności. emocje. jakiś element niepewności zniknął bezpowrotnie. na kilka dni przed dniem 0 zaczęłam odczuwać strach. gdzieś skrywany za maską racjonalizmu ( bo przecież taka operacja, to nie operacja ). bezsilna byłam, kiedy Fi wielkimi oczyma wpatrywał się we mnie wylewając rzewne łzy, bo kolejną godzinę już nie dostawał pokarmu. to było naprawdę trudne. a przecież nie sposób w żaden sposób wytłumaczyć, że nie masz zamiaru go zagłodzić.

spotkaliśmy się z Fi już na oddziale. krzyczał, z głodu, z bólu. półświadomy, chyba przestraszony. kolejne 1,5 godz bez piersi. następna dawka znieczulacza. okropnie przykry widok. kiedy wreszcie mogłam go nakarmić poczułam wielką ulgę. i dumę, że Mały tak dzielnie wytrzymał to wszystko. Ma się dobrze. Rano obdarzał mnie najcudowniejszymi uśmiechami. Z zaciekawieniem rozglądał dookoła.

cholernie się uwrażliwiłam.

od kiedy jestem matką płacz dziecka jest dźwiękiem, obok którego nie umiem przejść obojętnie. To była ciężka doba. Sprawdzian emocjonalnej wytrzymałości. Filip zasnął i od 20tej już nie widać było po nim śladu bólu. Nie do wytrzymania były dochodzące z sali obok żałosne zawodzenia dziecka pozostawionego samemu sobie. Przechodząc obok widziałam chudziutkie, długie rączki, wyciągnięte ku górze, zdające się wołać: “weź mnie na ręce, bądź przy mnie”. długi, przeciągany płacz. ściśnięte serce. matka nie pojawiła się ani na chwilę.

mama_fi
| noFOTO

rachu ciachu i po strachu

8 maja 2008

Leżąc samemu w ciemnym pokoju, który wydaje się obcy, przelatują obrazy dnia. Tak jak duże napięcie, taka i ulga. Operacja się udała, pomimo iż nie było szansy, by poszło inaczej. Z takim przekonaniem żyłem, aczkolwiek podskórnie obawa drążyła swe tunele. Na tyle owocnie, że uchodząc pozbawiła mnie na ładnych parę minut poczucia realności. Na domiar brakowało dwóch najistotniejszych punktów odniesienia – kurki i małżonki. Dziwnie się zasypia we własnym łóżku ze świadomością, że pokrojony i zeszyty w linię syn leży 11 km stąd, a małżonka na krześle przy nim forsuje kręgosłup zapadając w niespokojne drzemki. Szpital nic miłego, choć korytarze szerokie i kolory ładne.

Bolesne są otarcia o przypadki znacznie poważniejsze niż nasz – na pół poważny. Mówiąc tak pytam siebie, czy może tak postawiona sprawa nie jest wyrazem mojego lekceważenia, szybko jednak rozprawiam się z rozterką. Przed oczami staje lekarz, który na obchodzie pogodnie macha ręką oraz pielęgniarki, które ze śmiechem mówią o Przepuklince. W domu Fi nazywany jest różnie – póki co. Jednak w szpitalu można wymagać powagi. No chyba że przypadek jest na pół poważny.

Bolesne są otarcia o przypadki znacznie poważniejsze niż nasz – dzielenie poczekalni z rodzicami, których dziecko przechodzi właśnie kilkugodzinną operację stawów biodrowych czy też chwila z przestraszoną mamą, z której rozmowy z lekarzem wynika, że przed nimi trudna operacja na płucach. Nie wspominam nawet korytarzy wypełnionych przykładami tego, co może pójść nie tak. Szpital dziecięcy niczym sklep Smyk – nie jest za fajnie, gdy zapuści się tam z dzieckiem. W Smyku dziecko może oszaleć, w szpitalu rodzice.

Mniej bolesne dla mnie jest patrzenie, jak Fi się wybudza. Pomimo iż jego spojrzenie mętne i ćpuńskie, budzi się i jest. Poboli i przejdzie. Płacz raczej z głodu – do tego przyzwyczajono nas już przed zabiegiem, każąc nam przyjść na głodzie i czekać odrobinę, co wydłużyło post Fi do 9h, podczas których w codziennym rytuale następuje najbardziej intensywne, poranne karmienie. Tak więc płacz z głodu, w drugiej kolejności płacz z bólu. Z tym drugim w szpitalu postępuje się radykalnie – dwie skrzykaweczki po 3ml każda, które podpięte do venflona (na szczęście na ręce a nie na głowie) równają się odlotowi syna w 5 sekund. Nawiasem to całkiem interesujące przeżycie, widzieć jak syn odpływa jakby spalił brałna. Niekoniecznie pożądane, trochę niezrozumiałe (toć ból nie jest chyba tak straszny, skoro jutro ma nie być po nim śladu) i na pewno niemiłe dla matki.

Niemniej Fi się nie rozkleja, nie jest płaczliwy, wsuwa cycki, nie ma kolek, przesypia noce i szybko przybiera na wadze, czego świadomość skutecznie rekompensuje jakiekolwiek chwilowe obniżenia formy, które przecież konieczne są po – bądź co bądź – operacji przy znieczuleniu ogólnym.

tatafi
| FOTO

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress