4amam
4 miesiące temu była zimna zima, szpital, pojawił się Fi vel Mścisław, teraz jest już lato a czas biegnie nieubłaganie. Postanowiliśmy (a raczej kobieca część my postanowiła), że kurkę należy zacząć przyzwyczajać do pokarmów innych niż z serca płynących. Nie byłem entuzjastycznie nastawiony, bo mój wrodzony leń podpowiadał mi, że oznaczać to będzie początek epoki słoiczków, podgrzewania, śliniaków, łyżeczek, pełniejszych pralek, jeszcze bardziej śmierdzących kup i niezliczonej ilości dodatkowych czynności do wykonania. Przepraszam, wykonywania, codziennie, kropka. Okazało się, że zwykła ma strachliwość nie miała podstaw, bowiem nie zrozumiałem słowa ‘przyzwyczajać’.
No więc spróbowaliśmy, a raczej Fi spróbował zupki z marchwią. Wg mnie próba zakończyła się fiaskiem, wg małżonki mały coś przełknął. Może i przełknął, więcej wypchnął językiem po czym i tak musiał zagryźć dłonią.
Oprócz żarełka Fi dostał pogodę godną pierwszego dnia lata oraz kwiatka. Z pozostałych atrakcji to po raz pierwszy poleciał z masywną dwójeczką leżąc sobie jak go Bodzia stworzyła w swoim łóżeczku oraz niemalże udławił się ze śmiechu, nie dając rady przełknąć niespodziewanych, nadprogramowych decybeli na widok ojca z psem na głowie.

