antysmok krakowski
Oj nie przepada Fi za smokami, nie przepada. Spróbowano 3 rodzaje. Historia pierwszego to historia rodziców, którzy widzimisie konfrontują z rzeczywistością, w której to Fi dostał smoka i go ze 2 tygodnie zasysał. Potem nie było potrzeby, aż do momentu, kiedy zaczął pakować zakończenia górnych kończyn między wargi. Wtedy nastąpiła próba restauracji Avantów. Bezskuteczna. Fi przestał być warzywkiem, a zaczął być bardziej świadomym konsumentem, choć wybrednym nieco, skoro odrzucił silikon. Wybredny, lecz z gustem. Mniejszy silikon, większy silikon – wszystko bez szans. Może typ nie ten – zatem do buźki ten zakończony kulką. Efekt jeszcze gorszy. Poddaliśmy się, choć mnie sumienie gryzło, że te łapy w buzi będą się równać krzywy zgryz i inne takie (poza tym owe zakończenia kończyn zaczęły stanowić coraz większy procent całości kończyn). Na szczęście małżonka wyprowadziła mnie z ignorancji objawiając światło z podręcznika obsługi dziecka. Wątpliwości jednak, niczym choroba, okazały się być zaraźliwe. Poza tym ilość śliny, którą zaczął toczyć mały okazała się na tyle spora, że chodzenie po kuchni okazało się być ryzykowne ze względu na śliskie plamy zbuźnej cieczy.
Na spacerze wytropiliśmy 3 miesiące starszą Marysię, która namiętnie zasysała cumla (krakowskie dziecko pełną gębą). Cumel większy, lateksowy. No więc dawaj do sklepu po lateks, będziem dziecko lateksowym korkiem zatykać. O takiego! Obrzydzenie na twarzy Fi godne było reklamy MasterCarda z tagiem priceless. Jednak w perspektywie potopu, obślinionych łóżek, rąk i koszul oraz – rzecz jasna – podłogi, podjęliśmy próby skłonienia dzieciątka do wspaniałego wynalazku firmy Canpol. Różnorodność metod perswazji sprowadziliśmy do programowania sieci neuronowych pod pachnącą zbożem skórą, którą obciągnięta jest na pół zgrabna czaszka potomka. Innymi słowy – monotonia i powtórzenia. Wsad, wypluj. Wsad, wypluj. Jako że bycie w stanie monotonii nie jest moim największym hobby, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że zamiast uczyć Fi ssać cumel, urządziłem mu trening (a może konkurs?) wypluwania smoczka na odległość. Zaczęło się od treningu trzymania bez wyplucia (z rekordem 3 sekundy), jednak gdy zauważyłem, że mały kozak tworzy w ustach całkiem niezłe ciśnienie, którym wystrzeliwuje obcą substancję w kierunku sufitu, to automatycznie zmieniłem reguły gry. Niestety dość szybko zdałem sobie sprawę, że prowadzę tę rozgrywkę na manowce i przestałem trenować syna. Poddałem się. Odniosłem porażkę. Bardziej wytrwała była pani mama, która jeszcze tego samego wieczora z triumfem przyprowadziła mnie do pokoju, gdzie na łóżku leżał nasz rozbrojony Canpolem dynamit. Zadowolony, ssający, nieśliniący. Uff, co za ulga. Jednak co mama, to nie tata. Ha. Haha. Hahaha. Ile to trwało? 10 minut?
Minęło już kilka dni, obrzydzenia brak, ciśnienia też już nie wytwarza takiego, stoicko wypuszcza ciało obce z ust, cumel się kurzy, potop coraz bliżej. Na dodatek dzisiaj dziecko śrubę ustami włączyło, więc oprócz ilości, pojawia się jakość. Czyli rozbryzg. Brrrr. Brrr. Brrrr. W nieskończoność.


