Końcówka roku strzeliła jak z bicza. Fi się rozbrykał i rozkrzyczał – jedzie podług swojego kalendarza, który reguluje mu rozwój jak trzeba, choć – jak się okazuje – nie jest niezależny od czynników zewnętrznych. Najwyraźniej ukazało się to, gdy dzień po powrocie z dwutygodniowych wojaży Filip postanowił odbić się i postawić kilka pierwszych kroków. Zupełnie samodzielnie. Wydaje mi się, że zamiar taki miał już wcześniej, jednak okoliczności nie sprzyjały. Zamieszanie okołoświąteczne z trylionem członków rodziny dookoła, nowe miejsca, nowe bodźce (odreagowywane ponownym odkryciem sysa), bestia. Intryguje mnie bardzo ta kwestia nowych miejsc – z jednej strony zdaję sobie sprawę, że zmienione zachowanie wynika z poczucia obcości, a więc i pewnej niepewności nowego, która objawia się większym skrępowaniem, a co za tym idzie pozornym spokojem przeplecionym natężonym ssakowaniem, z drugiej strony jesdnak mam wrażenie, że wtedy świat staje się mikroquasisceną, gdzie trzeba odgrywać rolę cichca, aniołka, etc. Tak jest dzień, dwa, trzy. Potem Fi się luzuje i zaczyna zachowywać się prawie jak w domu. Kwestia tego prawie jest największą zagadką, bowiem od rozległości prawie zależy to, na ile kalendarz rozwoju jest autonomiczny i narzucający realizację potencjałów, a na ile podległy okolicznościom. Jak na dłoni pojawia się napięcie między tym, co naturalne, a tym co kulturowe, społeczne.
Zatem u ludzi z cicha pęk, a w domu dawaj ile wlezie powietrza w płucach, siły w nogach, sprężystości w ramionach i kolanach itp itd… tak, że dzień po dniu od poniedziałku Fi trenował, by dzisiaj dawać popisy odcinków specjalnych (ok 10 kroków) ze skrętami, zwrotami, przystankami oraz przysiadami. Cud miód, choć ojca stosunek nie jest szczególnie entuzjastyczny do chodzenia 10,5miesięczniaka, bo po co mu już kręgosłup obciążać, skoro może sobie jak szczeniak pełzać wzmacniając to i owo w pozycji horyzontalnej.
Że chodzi to jedno, a że testuje rodziców to drugie. Doskonale rozumie, czego nie można i właśnie dlatego będzie testował, na ile starzy będą obstawali przy swoim, a na ile puszczą źrebaka jak źle uwiązany latawiec. Rozkoszniak, bo zabawa w odkładanie byle papierka może trwać w nieskończoność.
Poza tym zrobił się jakiś taki niejednoznaczny, czyli bardziej ludzki. I to raczej to nie kwestia jego ontogenezy, lecz ewolucji percepcji staruszka, który po pierwsze zdążył przyzwyczaić się trochę do obecności malucha, po drugie pozwala sobie na zróżnicowane emocje, by lojalnie strzec granic i wysyłać wyraźne komunikaty, po trzecie – do cholery – to koń już mały się robi, a nie dzidzia więc ile można gugugaga. Uśmiech fajny jest, ale jakże mógłby się on zdewaluować bez kontrolowanego wybuchu złości z mniej lub bardziej błahego powodu.
Póki co parę wspominek z wojaży, tata zbytnio zaangażowany jest w asekurowanie chodziarza (który lubi używać głowy do przesuwania ścian i podłóg) niż podglądania przez wizjer aparatu, by foty były całkowicie aktualne.