22.02.2009

Fi 1 rok*, mama_fi 25 lat, tatafi 30 lat.
* skończone
Zatem stało się. Bez trąbek, czapeczek oraz confetti czy innych serpentyn terpentyn, w zacnym acz kameralnym gronie dokonało się przejście Fi w kolejny rok. Bez trąbek, ale z balonikami, na które Filip zareagował porannym zapowietrzeniem i piskiem. Zdezorientowany, choć podniecony, ślizgiem biegał w samej piżamie z paluszkiem wyciągniętym ku górze. Zdecydowanie przeczuwał, że coś jest na rzeczy. Nie wiem nawet, czy to przeczucie, czy pewność, gdy przypomnę sobie, z jakim zdecydowaniem obdzierał z opakowania pierwszy prezent, od Zuzy i jej rodziców. Jeszcze przed bibką odbyliśmy spacer, który przypomniał, że rok wcześniej aura była zgoła inna, a szpital Narutowicza z zewnątrz niewiele się zmienił.
W części głównej dopisali dziadkowie oraz onieśmielająca Mery z mamą. Z Mery Fi miał przejścia już latem, gdy od 3 miesiące starszej, porządniej zbudowanej dziewczyny nie raz dostał po głowie. Teraz jakby tężyzna się wyrównała, jednak kobieca siła rażenia wciąż była widoczna i początkowo sparaliżowała Małego. Nie trwało to długo, bowiem Mery odpadła w sen, którym zaraziła Filipa, a że duże łóżko jest jedno, to okazała się być drugą – po Zuzie – białogłową, z którą Fi dzielił łoże (sorry Zuza).
Pobudka była już mniej romantyczna – Mery budząc się stuknęła głową łepetynę Filipa, więc z intymnego odpoczynku zrobił się małpi gaj. Łzy, mocz, niemalże Rytuał Trzech Płynów. Następnie było kuszenie, wdzięczenie, dmuchanie świeczki, puszczanie baniek i bąków, tort i do domu. Goście, my zostaliśmy.
Po tym, jak pozostał stary skład, Fi pokazał, jak bardzo się jednak krygował przy gościach. Już po kąpieli zaczął skamleć o jedzenie ze stołu i poszły w ruch oliwki, sery, etc. aż Justyna zaczęła obawiać się, czy obżarstwo takie po torcie nie spowoduje nocnego sfraktalenia pościeli czy innych ekscesów. Okazało się jednak, że mały Fi na swój dzień przeznaczył niemałe zasoby energii.
Szkoda, że nie było mu dane zdmuchnąć świeczki – tym bardziej, iż zupełnie przypadkiem rytuał ten dokonał się co do minuty zgodnie z momentem przyjścia Filipa na świat, czyli o 1910.
Filip przeszedł samego siebie. Znowu. Jednak o tym za moment.
Ważniejsze na chwilę obecną zdają się rewelacje związane ze spaniem, a nie z chodzeniem. Do paru dni wstecz Fi w dzień prawie w ogóle nie sypiał – co to jest jedna 40-minutowa drzemka, w porywach do dwóch. Natomiast po nocnym zaśnięciu, które bez pewnej znaczącej części ciała matki wydawało się niemożliwe, wyrywał się ze snu zbyt często, płaczem wzywając rodziców.
Zatem dzień stał się areną nie tylko hiperaktywności, ale i również odpoczynku, który wydłużył się do sumy 2,5 godziny, gwarantowanej przy dwóch dłuższych spacerach dziennie. Nocne zasypianie natomiast okazało się możliwe z dala od sysa, choć nadal nie w Fiłóżeczku – tam próbowaliśmy układać Malca przez tydzień, niemniej okupione to było godzinami rozpaczliwego ronienia łez. Fi wrócił do zasypiana na dużym łóżku, z mlekiem w ustach, ale i łazikując z zamkniętymi oczami, wbijając się głową w ścianę, przewracaniem się i ogólnie brakiem zdecydowania w zasypianiu. Zdesperowana mama uruchomiła wózek, który jeżdząc w przódtył zadziałał tak, jakby był kołyską. Co prawda dopiero 2 noce ten sposób się sprawdził, ale mamy nadzieję na więcej.
Filip przeszedł samego siebie. Na pograniczu spania i chodzenia. Godzina 22:15, rodzice siedzą w wannie dość spokojnie i cicho, jednak mimochodem co chwila wymawiając słowo Filip. I nagle płacz. Wyjątkowo głośny. Justyna na równe nogi, tata zdziwił się doniosłością krzyku, a Filip… otworzył drzwi. Już nie z łóżka wzywał, tylko po cichu zszedł, podszedł do drzwi łazienki, otworzył je zdecydowanym ruchem, sekundę wcześniej uruchamiając wokal. Wzrok miał nieco zawiedziony, że kąpiemy się bez niego :) Justyna wzięła go do łóżka, zasnął, wróciła, ciąg dalszy rozmowy i… drzwi się otwierają w ciszy a za nimi stoi Fi z dumną miny małego odkrywcy nakrywcy.
Nie ma to jak wywoływać wilka z lasu tudzież wyciągać trupa z szafy. A tak właśnie się stało ze wspominkami guza nr 1, którego konsekwencją był wieczór w szpitalu, a który urósł do wielkości piłki do pingponga w minutę. Wtedy w ferworze zabawy, zupełnie jak dzisiaj. Fi wykombinował, że da się wspiąć na dwa pudełka i siedząc na pokrywce mieć dobrą zabawę. Dzisiaj jednak postanowił przetestować zmienną rozciągłości, tj. siedząc 30 cm nad ziemią rzucił się w bok i zamiast skończyć lot wciąż w polu pokrywki pudełka, trafił czołem w bezkres podłogi. Twardej podłogi.
Dziwi mnie jego umiejętność rozbijania się jako finał zabawy, a nie podczas tych bardziej powszechnych, np. nauki szybkiego chodzenia, które zaczyna uprawiać. W kontekście tego poniższe zdjęcie można uznać za manipulację, bo guz nie jest od chodzenia tylko od lądowania na głowie.

Nie liczymy już kroków, ani minut, które Fi spędza w pozycji typowej dla homo sapiens sapiens. Na luzie bowiem idzie to w setki i godziny. Skręty, zawroty, przyspieszenia, przysiady, podnoszenie lżejszych czy cięższych towarów z podłogi z przykucnięciem, miękkie lądowania, łażenie od jednego do drugiego rodzica żebrząc po ‘dorosłe’ jedzenie (z pełnym fibrzuchem), etc.. to już nie nowość. No, może z wyjątkiem unoszenia w powietrze cięższych przedmiotów, tj. ciężarówki długiej na 30 cm. Ot, eksploracja nowej pozycji z testowaniem wbudowanych w nią funkcji. W związku z tym, że testujący nie należy do najbardziej bojaźliwych, płaczu przy tym mało. Mniej niż było przy raczkowaniu czy zabawach wszelakich (materiału o megaguzie i wieczorze w szpitalu nie opublikowali, bo nie miał kto popełnić materiału zdjęciowego z powodu trzęsących się rąk i potężnej dawki adrenaliny, która została spożytkowana na zorganizowanie awaryjnego wyjścia, natomiast świeżość doznań i lekkie poczucie winy niedoskonałego rodzica kazało właczyć opcję autocenzury).
Aha, powstaniec. No więc było to tak – parę miesięcy temu, siedząc i patrząc na dzidzię naszło mnie ogromne pragnienie, by coś już się z nią/nim zmieniło – nie, że coś było nie w porządku, lecz czułem, że ma chłopak potencjał na więcej niźli tylko leżenie i wstawanie oraz uśmiechanie się jak sroka do gruszy. Poczułem chęć lepszej komunikacji, zobaczenia więcej człowieka w małym ukochanym stworzeniu przewalającym się po podłodze. I bach, jak za stuknięciem magicznej różdżki, miałem za swoje. Stało się, krok jakiś widoczny się dokonał. No więc teraz jest podobnie – poczułem potrzebę pchnięcia naszej relacji trochę do przodu – lecz cóż znaczy moja potrzeba względem prawideł ontogenezy, ojcem jestem zaledwie a nie Ojcem, i wtedy… szaskprask. Fi wstał o własnych nogach. Podniósł się, jakby chcąc przeciąć mieczem narcystyczne myśli ojca i pokazać, że oto proces ewolucji się toczy nieustannie, a my w nim jak w sosie i nie, że go chcemy, tylko w nim tkwimy popachi, a takie zbiegi okoliczności to tylko z nieudolnie rozpoznanej rzeczywistości wynikają. To nie pragnienie, to subtelne doświadczenie zmiany. Już mniej subtelne, gdy zobaczyłem na własne oczy, jak sam się podniósł bez podparcia. Wyrósł nagle 76 cm ponad podłogę. Wystrzelił. Bravo, bravo, oklaski i mlaski obojga rodziców, no, no… nie dali replaya…
Dzisiaj w 10 minut nauczył się sam schodzić z łóżka, wcześniej przejrzał fortel, który stosuję przy kąpieli, polegający na pytaniu Fi gdzie jest lampa, by ten spoglądając na nią odchylił głowę pozwalając spłukać pianę z kędziorków. Zamiast odchylenia dostałem spojrzenie w oczy i śmiech, że jak to lampa do cholery, czemu bardziej nie wprost, tylko takie podchody żeby oczu wodą spienioną nie zalać… Gdy na mnie idzie, a ja z piłką mówię bronisz, bronisz to ten jak w “Kapitanie Klosie” haende hoch wyciąga choć poprzeczki brak.
Nie ma żadnych skoków w rozwoju, są jedynie czkawki percepcyjne 30latka, który już nie umie widzieć rzeczywistości jako strumienia, który po prostu sobie płynie.
Na koniec parę takich różnych z ostatnich dni.
Obserwuję, jak z rozmachem wstępuje w wiek dziecięcy. Bo właściwie, choć formalnie 3 tyg. do ukończenia okresu niemowlęctwa – nasz syn przestał niemowlęciem być, stając się małym chłopcem – radosnym odkrywcą.
Że szalenie jest ruchliwy pisaliśmy nie raz, dziś do tego dodać muszę, że niezwykle pomysłowy i ..troskliwy.
Leżąc poobiednio na łóżku, z książką w ręku przypatrywałam się poczynaniom Filipa. Mały postanowił sprawdzić zawartość swojej garderoby – czyni to co jakiś czas – zdejmując pokrywę pudła. A że użył siły odpowiedniej wraz z pokrywą ściągnął piętro niżej całe pudło (stoją piętrowo jedno na drugim ). Po wstępnych oględzinach zawartości maluch zaczął z początku nieporadnie gramolić się na drugi pojemnik, który najwyraźniej wydał mu się doskonałą kanapą. Zasiadłszy w rogu, opierając się o ścianę począł radośnie machać nogami. Wtedy moja ciekawość ustąpiła niepohamowanemu śmiechowi, z przywołaniem męża, który jak zwykle szczęśliwie miał przy sobie aparat. Filip dopingowany śmiechem już obojga rodziców począł zmieniać swoje położenie: z kartonu do wnętrza kartonu. Ze środka sus na podłogę, by znów wspinać się na górę, i do pudełka, na podłogę.. i tak nieprzerwanie jakieś 5 min. Nagle – ku mojemu zdziwieniu zatrzymawszy się na dłużej wewnątrz – pojawił się trzymając w ręce cudownie błękitną bejsbolówkę by czym prędzej popędzić w kierunku pokoju, do Rafała.
Najwyraźniej to już moment, kiedy syn zaczyna dbać o ojca – bo ten, mimo łysej głowy ciągle gdzieś czapkę gubi. Musiał więc Fi pamiętać dzisiejsze gorączkowe poszukiwania przed wyjściem na spacer. Działania zaś okazały się zupełnie przemyślane – celem nadrzędnym opisanej sytuacji było znalezienie czapki dla taty. A przy okazji tyle zabawy..
Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress