powstaniec

3 lutego 2009

Nie liczymy już kroków, ani minut, które Fi spędza w pozycji typowej dla homo sapiens sapiens. Na luzie bowiem idzie to w setki i godziny. Skręty, zawroty, przyspieszenia, przysiady, podnoszenie lżejszych czy cięższych towarów z podłogi  z przykucnięciem, miękkie lądowania, łażenie od jednego do drugiego rodzica żebrząc po ‘dorosłe’ jedzenie (z pełnym fibrzuchem), etc.. to już nie nowość. No, może z wyjątkiem unoszenia w powietrze cięższych przedmiotów, tj. ciężarówki długiej na 30 cm. Ot, eksploracja nowej pozycji z testowaniem wbudowanych w nią funkcji. W związku z tym, że testujący nie należy do najbardziej bojaźliwych, płaczu przy tym mało. Mniej niż było przy raczkowaniu czy zabawach wszelakich (materiału o megaguzie i wieczorze w szpitalu nie opublikowali, bo nie miał kto popełnić materiału zdjęciowego z powodu trzęsących się rąk i potężnej dawki adrenaliny, która została spożytkowana na zorganizowanie awaryjnego wyjścia, natomiast świeżość doznań i lekkie poczucie winy niedoskonałego rodzica kazało właczyć opcję autocenzury).

Aha, powstaniec. No więc było to tak – parę miesięcy temu, siedząc i patrząc na dzidzię naszło mnie ogromne pragnienie, by coś już się z nią/nim zmieniło – nie, że coś było nie w porządku, lecz czułem, że ma chłopak potencjał na więcej niźli tylko leżenie i wstawanie oraz uśmiechanie się jak sroka do gruszy. Poczułem chęć lepszej komunikacji, zobaczenia więcej człowieka w małym ukochanym stworzeniu przewalającym się po podłodze. I bach, jak za stuknięciem magicznej różdżki, miałem za swoje. Stało się, krok jakiś widoczny się dokonał. No więc teraz jest podobnie – poczułem potrzebę pchnięcia naszej relacji trochę do przodu – lecz cóż znaczy moja potrzeba względem prawideł ontogenezy, ojcem jestem zaledwie a nie Ojcem, i wtedy… szaskprask. Fi wstał o własnych nogach. Podniósł się, jakby chcąc przeciąć mieczem narcystyczne myśli ojca i pokazać, że oto proces ewolucji się toczy nieustannie, a my w nim jak w sosie i nie, że go chcemy, tylko w nim tkwimy popachi, a takie zbiegi okoliczności to tylko z nieudolnie rozpoznanej rzeczywistości wynikają. To nie pragnienie, to subtelne doświadczenie zmiany. Już mniej subtelne, gdy zobaczyłem na własne oczy, jak sam się podniósł bez podparcia. Wyrósł nagle 76 cm ponad podłogę. Wystrzelił. Bravo, bravo, oklaski i mlaski obojga rodziców, no, no… nie dali replaya…

Dzisiaj w 10 minut nauczył się sam schodzić z łóżka, wcześniej przejrzał fortel, który stosuję przy kąpieli, polegający na pytaniu Fi gdzie jest lampa, by ten spoglądając na nią odchylił głowę pozwalając spłukać pianę z kędziorków. Zamiast odchylenia dostałem spojrzenie w oczy i śmiech, że jak to lampa do cholery, czemu bardziej nie wprost, tylko takie podchody żeby oczu wodą spienioną nie zalać… Gdy na mnie idzie, a ja z piłką mówię bronisz, bronisz to ten jak w “Kapitanie Klosie” haende hoch wyciąga choć poprzeczki brak.

Nie ma żadnych skoków w rozwoju, są jedynie czkawki percepcyjne 30latka, który już nie umie widzieć rzeczywistości jako strumienia, który po prostu sobie płynie.

Na koniec parę takich różnych z ostatnich dni.

Podobne posty:

  1. nebulizacje Dość osobliwie się rozpoczęła ta jesień, a z nią socjalizacja przedszkolna. Filip został wyałtowany na...
tatafi
| FOTO

1 komentarz »

  1. Ciekawe czy Fi kiedyś do przeczyta :)

    :) — luty 4, 2009 @ 3:20 po południu

RSS komentarzy. TrackBack URI

Odpowiedz

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress