w końcu spacer
Korzystając z pierwszych wiosennych powiewów słońca, Fi wyskoczył z polarnego skafandra, wzuł buty i zabrał rodziców na pierwszy prawdziwy spacer. Bez wózka, ochraniaczy ani smyczy, bowiem wywrotki okazały się być radością, tak jak bieganie na strony najmniej przez rodziców pożądane oraz maksymalnie intensywne używanie strun głosowych i pojemności płuc.
Oprócz chodników z barierkami obsikanymi przez milion psów, mały Fi zaliczył bieżnię, z której ciągnęło go ku ziemi z lichymi strzępami zbutwiałej trawy. Zrobił 5 ósemek, 3 szóstki i nieskończoną ilość esów floresów. O nutach i półbutach nie wspominając.
Komplikując trochę, zastanawiam się, na ile była to manifestacja przekazu rodzinnego, z tą ziemią, trawą i pięciolinią.
Podobne posty:
- pierwszy spacer Nastała wiosna, więc postanowiliśmy, by Fi z domatora stał się – jak to na Kraków...
