Fiwip, Amelka i Smoki
Ostatnią sobotę (czyt. przedłużone przedpołudnie) spędziliśmy przy smoczej jamie. Wraz z Amelką i jej rodzicami (czyt. nowymi sąsiadami) piknikowaliśmy z kocykiem na trawce, pośród bud z wurstem, balonami i innym badziewiem, które dosłownie okalały miejsca atrakcji dla maluchów, typu scena, zjeżdzalnie, pisalnie i rysunkalnie, etc. Ha, tak to mogło wyglądać z zewnątrz, bowiem faktycznie był koc, byli rodzice, lecz miast siedzieć i swobodnie konwersować, musieli na zmianę łapać maluchy, by te nie stoczyły się do Wisły. Gdy już nie uciekały (formuła niemalże hipotetyczna), były karmione na zmianę z jednego naczynia, co mobilizowało do otwierania paszcz. Zdaje się, że tych parę interakcji zbliżyło tych dwoje. Na tyle, by Amelka zaczęła rzewnie wołać Fiwip, a Fiwip robił świnkę, czyli szelmowski uśmieszek na jej widok.
I gdyby nie wursty i ciemna toń, to tylko nadchodząca burza oraz perspektywa niełatwego zasypiania mogły zburzyć harmonię sobotniego poporanka. Na szczęście opad przyszedł w momencie przybycia do domu, a sen zastał Fiwipa w autobusie nr 164 marki Mercedes Benz.
Brak podobnych postów.
