Babucha na Kurpiach

12 lipca 2009

Zaledwie 3 dni, a jaki reset. Z dala od zgiełku miasta, tłumów, samochodów oraz wszelakich innych nieczystości. Otoczeni lasami pełnymi jagód, kurek i kleszczy, pastwiskami pełnymi krów, studni i drutów, rozkoszowaliśmy się bliskością natury i swojskością korzeni.

Fi zwariował na punkcie zwierząt – rzecz jasna do gustu przypadły szczególnie te największe, czyli krowy. Symboliczny chrzest miał miejsce już w nocy po przyjeździe, kiedy Filip zasnął, a do zachodzącego słońca odezwały się podwórkowe psy; ni to obudziły młokosa czy kielicho, bo ten podniósł się do siadu, z oczami wywróconymi na drugą stronę, pokiwał się cały parenaście sekund, wydając dziwne szmery, po czym opadł z powrotem na łóżko. To był znak, że inwentarz żywy będzie podstawową atrakcją.
Głównie krowy. Jakże był niepocieszony, gdy krówek za dnia nie było w oborze. Ze smutkiem robił ‘muu, muu’. Ekstatycznie zaś, gdy o poranku miał okazję towarzyszyć pędzeniu na pastwisku, a wieczorem spędzaniu do obory. Natomiast podczas dnia, gdy odwiedziliśmy krówki na łące, zachowywał pełny adoracji respekt, nie podchodząc bliżej niż na 2 metry, niemniej dość wyraźnie wydawał polecenia łaciatemu zwierzakowi rycząc w jego kierunku ‘muuuu, aammm’ i wskazując palcem na trawę. Otóż przyzwyczaił się mocno, że zwierzątka się karmi – w Gdańsku karmił nigdy nie sytego kota, w momentach ekstremalnych ciągnąc go za grzywę i pakując wprost do gardzieli suchą karmę. Następnie popis dał w Wilemowie, gdy nauczył dwa psy posilać się trawą, którą również pakować wprost do paszczy. Nie swojej rzecz jasna. Nauczył i napchał, że biedaki po czasie wolały unikać tego młokosa, mimo iż – ku memu zdziwieniu – obdarzony jest sporymi zasobami subtelności w obcowaniu z czteronogami. Nie wpycha oczu, nie ciągnie za ogon ni wąsy, nie ujeżdża, jedynie czasem zbyt nachalny jest w karmieniu. Tak mu się to wdrukowało, że po powrocie do domu chciał karmić miniaturową plastykową pandę z kinderniespodzianki oraz gołębie liścmi w parku Białoprądnickim.
Oprócz bzika na punkcie krów, maluch zwariował na punkcie traktorów – ‘tatum’ to kolejne najczęściej słyszane słowo, które swoim zasięgiem nawet czasem obejmowało ledwie słyszalne odgłosy silników kosiarek czy innych pojazdów.
Oszalał chłopak – wejście do domu kwitować zaczął płaczem. Tylko by po podwórku ganiał. Z kółkiem od babci Grażyny czy innym kijkiem. Z oka spuścić nie można było, bo a to gnój, a to furtka, którą nauczył się otwierać, etc… I krzyczał ‘dziadziu, dziadziu’, bo to zdecydowanie najbardziej faworyzowana persona. W liczbie 3 w sumie.
Pożarł z pół kilo jagód, wkręcił się w słodycze (oh, czyż to nie standardowa akcja dziadków i babć by zachęcać do niecnych przyjemności?), w ogóle rozpuścił się potwornie z powodu intensywnego obcowania ze starszym pokoleniem, które dla wnuka/prawnuka wszystko.

Najważniejsze jednak, że go maciora żadna nie pożarła, jak rok temu ostrzegano, wmawiając iż takie scenariusze są prawdopodobne na kurpiewskich wsiach. Może dlatego, że nigdzie w pobliżu nie było maciory?

Podobne posty:

  1. Cisza tam! Niezbyt późna drzemka zwiększa prawdopodobieństwo dobrego humoru Filipa, co z kolei podnosi szanse na dobrostan...
  2. Pan Filary Jedne (taty) zniszczył, do drugich (mamy) zapałał uwielbieniem, chcąc cały czas je nosić, skutkiem czego...
  3. do przedszkola Poszedł. Może niespecjalnie do przedszkola i niekoniecznie poszedł, bo mama zaniosła na grzbiecie do klubu...
tatafi
| FOTO

1 komentarz »

  1. Babcie właśnie po to są, żeby rozpieszczać wnuki:)przechodziłam przez to samo.

    magiczne-chwile — lipiec 26, 2009 @ 7:56 po południu

RSS komentarzy. TrackBack URI

Odpowiedz

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress