Babucha na Kurpiach
Zaledwie 3 dni, a jaki reset. Z dala od zgiełku miasta, tłumów, samochodów oraz wszelakich innych nieczystości. Otoczeni lasami pełnymi jagód, kurek i kleszczy, pastwiskami pełnymi krów, studni i drutów, rozkoszowaliśmy się bliskością natury i swojskością korzeni.
Fi zwariował na punkcie zwierząt – rzecz jasna do gustu przypadły szczególnie te największe, czyli krowy. Symboliczny chrzest miał miejsce już w nocy po przyjeździe, kiedy Filip zasnął, a do zachodzącego słońca odezwały się podwórkowe psy; ni to obudziły młokosa czy kielicho, bo ten podniósł się do siadu, z oczami wywróconymi na drugą stronę, pokiwał się cały parenaście sekund, wydając dziwne szmery, po czym opadł z powrotem na łóżko. To był znak, że inwentarz żywy będzie podstawową atrakcją.
Głównie krowy. Jakże był niepocieszony, gdy krówek za dnia nie było w oborze. Ze smutkiem robił ‘muu, muu’. Ekstatycznie zaś, gdy o poranku miał okazję towarzyszyć pędzeniu na pastwisku, a wieczorem spędzaniu do obory. Natomiast podczas dnia, gdy odwiedziliśmy krówki na łące, zachowywał pełny adoracji respekt, nie podchodząc bliżej niż na 2 metry, niemniej dość wyraźnie wydawał polecenia łaciatemu zwierzakowi rycząc w jego kierunku ‘muuuu, aammm’ i wskazując palcem na trawę. Otóż przyzwyczaił się mocno, że zwierzątka się karmi – w Gdańsku karmił nigdy nie sytego kota, w momentach ekstremalnych ciągnąc go za grzywę i pakując wprost do gardzieli suchą karmę. Następnie popis dał w Wilemowie, gdy nauczył dwa psy posilać się trawą, którą również pakować wprost do paszczy. Nie swojej rzecz jasna. Nauczył i napchał, że biedaki po czasie wolały unikać tego młokosa, mimo iż – ku memu zdziwieniu – obdarzony jest sporymi zasobami subtelności w obcowaniu z czteronogami. Nie wpycha oczu, nie ciągnie za ogon ni wąsy, nie ujeżdża, jedynie czasem zbyt nachalny jest w karmieniu. Tak mu się to wdrukowało, że po powrocie do domu chciał karmić miniaturową plastykową pandę z kinderniespodzianki oraz gołębie liścmi w parku Białoprądnickim.
Oprócz bzika na punkcie krów, maluch zwariował na punkcie traktorów – ‘tatum’ to kolejne najczęściej słyszane słowo, które swoim zasięgiem nawet czasem obejmowało ledwie słyszalne odgłosy silników kosiarek czy innych pojazdów.
Oszalał chłopak – wejście do domu kwitować zaczął płaczem. Tylko by po podwórku ganiał. Z kółkiem od babci Grażyny czy innym kijkiem. Z oka spuścić nie można było, bo a to gnój, a to furtka, którą nauczył się otwierać, etc… I krzyczał ‘dziadziu, dziadziu’, bo to zdecydowanie najbardziej faworyzowana persona. W liczbie 3 w sumie.
Pożarł z pół kilo jagód, wkręcił się w słodycze (oh, czyż to nie standardowa akcja dziadków i babć by zachęcać do niecnych przyjemności?), w ogóle rozpuścił się potwornie z powodu intensywnego obcowania ze starszym pokoleniem, które dla wnuka/prawnuka wszystko.
Najważniejsze jednak, że go maciora żadna nie pożarła, jak rok temu ostrzegano, wmawiając iż takie scenariusze są prawdopodobne na kurpiewskich wsiach. Może dlatego, że nigdzie w pobliżu nie było maciory?
Podobne posty:
- Pan Filary Jedne (taty) zniszczył, do drugich (mamy) zapałał uwielbieniem, chcąc cały czas je nosić, skutkiem czego...
- do przedszkola Poszedł. Może niespecjalnie do przedszkola i niekoniecznie poszedł, bo mama zaniosła na grzbiecie do klubu...

Babcie właśnie po to są, żeby rozpieszczać wnuki:)przechodziłam przez to samo.
magiczne-chwile — lipiec 26, 2009 @ 7:56 po południu