toga toga
Jak było wspominane, Filipa dopadła choroba. Angina z certyfikatem poszła w oskrzela, wywołując charczenie i kaszel. Zresztą, kaszlu i kataru nie brakowało już wcześniej, jednak jakość uległa zmianie. Na początku było to dla małego dość trudne, tak oddychanie, jak i tolerowanie glutów na dłoni, którą je skutecznie usuwał. Biegał co raz to do mamy czy taty wołając toga, toga albo toogi, co – rzecz jasna – oznaczało kozy. Esteta. Nie zdzierżył ani chwili z brudną łapką, co z tego, że pół twarzy ucierpiało również na wspomnianej operacji. Niemniej już po dwóch dniach opanował zgrabny ruch ręka góra dół, skutkiem czego togi zaczęły wchodzić w symbiozę z materiałem tylnej części bluzki czy spodni. Czyli zdrowo jak na chłopaka.
Z grubsza to mało widać tę chorobę, gorączka szybko ustąpiła, gderliwość na umiarkowanym poziomie, tylko energia rozpiera – za oknem lato, a Pepe już ponad tydzień kisi się w czterech ścianach. A chory tata razem z nim. Na zmianę kaszel i kichanie potrafi być niezłą zabawą.
Brak podobnych postów.
