postrzyżyny
Dzisiaj mija dokładnie miesiąc od dnia, w którym Justyna jak postanowiła, tak uczyniła cięć parę na frywolnej fryzurze naszego syna, przeprowadzając jej od stanu stogu siana do wyglądu angielskiego ogrodu ciętego ręką polskiego landskejpera pracującego na czarno. Mimo sceptycyzmu taty, który w związku z wkroczeniem w kolejną dekadę staje się coraz bardziej zachowawczy i zamknięty na nowości i eksperymenty, mama wzięła nożyczki, usadziła Fila na kanapie i dokonała dzieła. Choć początki były mało zachęcające, bowiem młodzież w swej młodości również okazała się niezbyt otwarta na niespodzianki, finał był znakomity. By móc tak napisać, musiała jednak minąć chwila lub dwie, bowiem po cięciu grzywka była od jak sagana cięta, a nad uszami pojawiły się zakola i prześwity o regularności dość słabo zauważalnej. I nie była to wina Justyny, lecz zasługa Filipa, który po niedługim czasie od rozpoczęcia operacji włączył swój standardowy tryb podskoków, którego rezultatem były pogłębiające się asymetrie oraz pogłębiające się korekty. Na sam koniec radość mnie ogarnęła, że syn wciąż ma oboje uszu na miejscu oraz iż nie potrzeba używać wody utlenionej, której zresztą i tak nie było.
Podobne posty:
- frombork trip Uff. Wróciliśmy. Fi przeżył jakoś tę podróż. W sumie 1500 km i 23 godziny spędzone...
