cisza na morzu wicher dmie
Nadzwyczaj cicho brzmi codzienny domowy wieczorny szum, gdy poprzedzają go trzy dni mało znanego, bo nieczęsto praktykowanego, czterodosześcioosobowego rytmu. Nietypowe były święta, nietypowa pogoda. Dzisiaj wiało jak na morzu, a z kuchni widać było Tatry.
Jako skutek decyzji w samą wigilię, tym razem rodzina przyjechała do nas. Jak to zwykle bywa, gdy Fi jest przez parę dni w poszerzonym gronie, nastąpił kolejny mały kroczek rozwojowy Filipa. Możliwość nieustannej interakcji robi mu wspaniale. Na tyle, że swobodnie odłącza się od ludzi, by samemu bawić się w to i tamto. By łazić po domu w trochę innej niż zwykle manierze i komentować również trochę więcej niż zwykle. Niesamowite stają się te jego narracje. W jednej z sytuacji, która – paradoksalnie – spowodowała największe i najbardziej tłumione salwy śmiechu, gdy Fi stał w kącie za uderzenie babci pociągiem zamiast płakać i wołać mamuniu albo koniec kary, zaczął opowiadać co się wydarzyło. Jeszcze nie pełnymi zdaniami, ale w moich uszach, dość słabo oswojonych z tym, że Filip mówi, równoważniki owe brzmiały jak pierwszego rzędu proza.
skończyła się bajka
uderzyłeś babcię
pociągiem
w twarz
nie wolno
do kąta
koniec kary
Faktycznie, ostatnio Fi z jednej strony testuje naszą konsekwencję, a z drugiej uczy się wyrażać emocje, co niejednokrotnie manifestuje się jako bicie mamy lub taty, z finałem jako kara w postaci stania w kącie.
Niemniej nie o biciu miało być. Trochę o świętach, trochę o energii, której – jak to dziecięciu płci męskiej – Filipowi nie brakuje tak, że w wigilię szedł spać przed jedenastą wieczorem, a dzisiaj do późnego popołudnia odpuszczał sobie sen.
Święta zaczęły się w wigilijny poranek, kiedy okazało się, że Fi ma jednak nadal katar, co uniemożliwia ruchy. Zatem szybko udałem się po choinkę na Kleparz, wziąłem ostatnią która była i wpadłem do domu w okolicach południa, akurat w momencie, gdy Filip oglądał Święta u Pepy, gdzie tata tachał na plecach wielką przechoinkę. Zatem przywitały mnie okrzyki choinka to jest. Można mówić o pewnej analogii, bo dostarczenie do domu ponad 2m drzewka nie należało do najłatwiejszych. Fi niezmiernie był podekscytowany. Tak jak Mikołajem, którego później miał nie zobaczyć, bowiem dane mu było usłyszeć tylko dzwonek do drzwi, otwieranie ich, zamieszanie i wyjście. Po rozpakowaniu pierwszego prezentu absolutnie nie chciał kolejnych, choć hitem wieczoru miał się stać właśnie Thomas ze czrejn. Choinka była po to, by ją bić, zdejmować z niej orzechy oraz ozdoby, świeczki by je zdmuchiwać, lampy by je wyłączać, stół by na nim stawać i podskakiwać, opłatek by wołać o niego opłatek czy łachak i nie chcieć przestać go pochłaniać.
Można spokojnie powiedzieć, że Święta były okresem totalnego odchylenia od normy, co młodzieniec potrafił na każdym kroku skrzętnie wykorzystać.

