cisza na morzu wicher dmie

26 grudnia 2009

Nadzwyczaj cicho brzmi codzienny domowy wieczorny szum, gdy poprzedzają go trzy dni mało znanego, bo nieczęsto praktykowanego, czterodosześcioosobowego rytmu. Nietypowe były święta, nietypowa pogoda. Dzisiaj wiało jak na morzu, a z kuchni widać było Tatry.

Jako skutek decyzji w samą wigilię, tym razem rodzina przyjechała do nas. Jak to zwykle bywa, gdy Fi jest przez parę dni w poszerzonym gronie, nastąpił kolejny mały kroczek rozwojowy Filipa. Możliwość nieustannej interakcji robi mu wspaniale. Na tyle, że swobodnie odłącza się od ludzi, by samemu bawić się w to i tamto. By łazić po domu w trochę innej niż zwykle manierze i komentować również trochę więcej niż zwykle. Niesamowite stają się te jego narracje. W jednej z sytuacji, która – paradoksalnie – spowodowała największe i najbardziej tłumione salwy śmiechu, gdy Fi stał w kącie za uderzenie babci pociągiem zamiast płakać i wołać mamuniu albo koniec kary, zaczął opowiadać co się wydarzyło. Jeszcze nie pełnymi zdaniami, ale w moich uszach, dość słabo oswojonych z tym, że Filip mówi, równoważniki owe brzmiały jak pierwszego rzędu proza.

skończyła się bajka
uderzyłeś babcię
pociągiem
w twarz
nie wolno
do kąta
koniec kary

Faktycznie, ostatnio Fi z jednej strony testuje naszą konsekwencję, a z drugiej uczy się wyrażać emocje, co niejednokrotnie manifestuje się jako bicie mamy lub taty, z finałem jako kara w postaci stania w kącie.

Niemniej nie o biciu miało być. Trochę o świętach, trochę o energii, której – jak to dziecięciu płci męskiej – Filipowi nie brakuje tak, że w wigilię szedł spać przed jedenastą wieczorem, a dzisiaj do późnego popołudnia odpuszczał sobie sen.

Święta zaczęły się w wigilijny poranek, kiedy okazało się, że Fi ma jednak nadal katar, co uniemożliwia ruchy. Zatem szybko udałem się po choinkę na Kleparz, wziąłem ostatnią która była i wpadłem do domu w okolicach południa, akurat w momencie, gdy Filip oglądał Święta u Pepy, gdzie tata tachał na plecach wielką przechoinkę. Zatem przywitały mnie okrzyki choinka to jest. Można mówić o pewnej analogii, bo dostarczenie do domu ponad 2m drzewka nie należało do najłatwiejszych. Fi niezmiernie był podekscytowany. Tak jak Mikołajem, którego później miał nie zobaczyć, bowiem dane mu było usłyszeć tylko dzwonek do drzwi, otwieranie ich, zamieszanie i wyjście. Po rozpakowaniu pierwszego prezentu absolutnie nie chciał kolejnych, choć hitem wieczoru miał się stać właśnie Thomas ze czrejn. Choinka była po to, by ją bić, zdejmować z niej orzechy oraz ozdoby, świeczki by je zdmuchiwać, lampy by je wyłączać, stół by na nim stawać i podskakiwać, opłatek by wołać o niego opłatek czy łachak i nie chcieć przestać go pochłaniać.

Można spokojnie powiedzieć, że Święta były okresem totalnego odchylenia od normy, co młodzieniec potrafił na każdym kroku skrzętnie wykorzystać.

tatafi
| FOTO

przedświąteczne mikołaje

24 grudnia 2009

Filip wierzył, że Mikołaj przyjdzie. I przyszedł. Gdy tylko otworzyłem drzwi do domu, to młodzieniec zaczął wykrzykiwać mikołaje, mikołaje, po czym rzucił się na paczuszkę, którą niedługo wcześniej odebrałem z pociągu (od dziadków w Gdańsku, za co niniejszym ponownie dziękujemy). Nie mogąc sforsować opakowania, niecierpliwiąc się troszeczkę, gdy zrzucałem odzienie, postanowił położyć się niczym kot na niewielkiej – bądź co bądź – płaszczyźnie.

Do tej pory zastanawiam się, czy gest ten miał oznaczać, że oto Fi zawłaszcza paczuchę, w której – jak wierzył – był pociąg dla niego, czy też najzwyczajniej – jak na późną godzinę przystało – postanowił ulżyć trochę grzbietowi.

Filip na paczce

tatafi
| FOTO

sprzed kryzysu, po kryzysie

22 grudnia 2009

Oto bardziej lub mniej oczekiwanie do skrzynki trafiły zdjęcia Tomka, robione w dniu, gdzie sen był w deficycie, zaczął padać śnieg, a Filip udawał się do lekarza, który miał nic nie wysłuchać w płucach.

Była to pierwsza wizyta u nowego lekarza oraz pierwszy śnieg, z którym Filipa interakcję zarejestrował Tomek, który mieszka w pięknej górskiej okolicy, gdzie tak zawiewa, że aż ściegi śniegowe na zdjęciach pozostają.

Tymczasem dzisiaj Filipa ulubiony doktor odetchnął z ulgą, gdy wsłuchał się w cichnące już rzężenie płucek dziecka, co oznacza, że o świętach w szpitalu raczej możemy zapomnieć. Kryzys minął, lekarstewko Klacid Filipek wchłania, gorączka nawet spadła, choć do końca roku o doświadczaniu zimy raczej nie ma mowy. Ciekawe, na ile pozytywny wpływ miał rzeczony pan doktor, na którego – w przeciwieństwie do pań – Pepe nie reagował płaczem. Co więcej, był cichutko skupiony, choć robił miny i przewracał oczami, podczas badania mówił ‘pan doktor daje syropek’, a nawet podczas krótkiego wprowadzania rodziców w niuansy etiologii choroby podszedł do lekarza i podał mu rękę, czym wywołał lekkie zmieszanie.

tatafi
| FOTO

pneumoniak

21 grudnia 2009

Sobotni wieczór mogę zaliczyć do tych, gdy w parę minut cały świat potrafi się skurczyć do jednego punktu, który przez to staje się tak wszechogarniający, że nie pozostawia na nic innego miejsca. Myślę o pewnym odczuciu, które w swojej wyrazistości przyrównać mogę do deja vu albo do chwili po wypadku. Odczuciu, które towarzyszy momentom, gdy odległość między jaźnią a wydarzeniem zanika, jakikolwiek dystans obserwatora ginie, a świadomość wypełnia treść wydarzenia.

Jednak po kolei.

Wczoraj wieczorem postanowiliśmy zabrać Filipa na dyżur lekarski, bowiem w środę pani doktor zdiagnozowała lekką infekcję wirusową i powiedziała, że do niedzieli powinno wszystko być w porządku. Mało tego, że w czwartek kaszel brzmiał gorzej. Dodatkowo wystąpiły wyższe gorączki mimo podawania przepisanych leków. Sobota natomiast okazała się być dniem dość mało miłosiernego zachowania dziecka, co w połączeniu z jeszcze bardziej nasilającym się kaszlem oraz 39 od rana Justyny intuicja zinterpretowała jako stan wymagający wyjątkowej troski.

Pojechaliśmy najbliżej, czyli na SOR szpitala Narutowicza. Przemiły i wyjątkowo empatyczny pediatra po przebadaniu Fi zapytał, czy przypadkiem żadne z nas nie ma zapalenia płuc. Myślałem, że to taki swoisty żart w 36 godzinie pracy, co jednak okazało się bardzo wdzięcznie wygłoszonym komunikatem, że nasz syn ma zapalenie płuc. Choć zabrzmiało mi to początkowo nieprawdopodobnie, to ów pozorny brak prawdopodobieństwa niezwykle szybko przerodził się w przerażenie i stan, o którym parę słów padło w pierwszym akapicie.

Mimo iż w prawym dolnym były słyszalne świsty, które miały do porannej kontroli zaniknąć, stan Pepe był na tyle dobry, że puszczono nas do domu. Warunkowo, bowiem przy wystąpieniu choćby jednego z wielu warunków mieliśmy momentalnie pojawiać się na oddziale. Wystarczyło, by młody wypluwał antybiotyk lub nim wymiotował (co w jego przypadku miało miejsce),  spłycał oddech, nie chciał pić, jeść, czy zachowywał się w jakikolwiek sposób niestandardowo.

Na szczęście lekarstwa przyjął i choć w analogicznych ilościach wchłonął pokarm i napoje, to do rana się nie odwodnił, świszczenie znikło i z większą nadzieją, niż po pierwszej wizycie (gdzie lekarz stwierdził ‘nie jest najgorzej’), udaliśmy się do domu.

Wszystko to oznacza, że najprawdopodobniej Święta nie będą w szpitalu, tylko w niezwykle kameralnym gronie w Krakowie, Fi może sobie chwilowo na troszkę więcej pozwolić, rodzice mają trening nie tylko z cierpliwości, ale i z radzenia sobie z tysiącem obaw, które potrafią się dość nachalnie wciskać do głów.

Pozostaje mi wątpliwość na ile przedszkole jest miejscem niebezpiecznym choć pożądanym oraz refleksja, że mamy niesamowite szczęście żyć w dość rozwiniętym kraju i regionie, w takich warunkach, gdzie zapalenie płuc nie stanowi o odroczonym wyroku niepełnosprawności czy śmierci.

PS. Mimo – bądź co bądź – osłabionej kondycji, Filip – z wyjątkami – nie traci energii do rozrywek wszelakich. W niedzielę lepił ciastka, przewrotnie nazywał się Jankiem wywracając oczami, przeklinał na głos na korytarzu uśmiechając się po szelmowsku. Szczyt przebiegłości w swym rozkręcającym się, choć coraz bardziej ogarnialnym buncie osiągnął, gdy na pytanie Justyny o to, którą poszewkę na poduszkę sobie życzy, ten wstał, zaczął pukać palcem w ścianę i mówić uparcie ‘o tą!‘.

tatafi
| FOTO

do przedszkola

14 grudnia 2009

Poszedł. Może niespecjalnie do przedszkola i niekoniecznie poszedł, bo mama zaniosła na grzbiecie do klubu malucha, czyli żłobka na godziny, niemniej znikł z domu na ponad 3 godziny. Przeszkolony teoretycznie z ‘Beksy Ali’, sam chętnie recytował, że idzie do przedszkola. Faktycznie, pierwszego dnia chętnie. Kolejnego również, ale już po środzie, gdzie został w domu, w czwartek rano zrobił awanturę, że do przedszkola nie. Niemniej został i sprawował się całkiem nieźle.

I tu uwaga – o dziwo – w przedszkolu w sposób niezwykle zdyscyplinowany zaciągał panie do kibelka, gdzie genialnie sobie radził, w opozycji do sytuacji domowych, gdzie bunt przejawił się również w chowaniu się po kątach i wołaniu nocnik nie, sisi ni.

Rzecz jasna w sytuacjach przedszkolnych wyszła jego wrażliwość na płacz innych dzieci, na który reaguje tym samym. Zastanawia mnie czy to wyraz empatii czy raczej specyficzny rodzaj wchodzenia w interakcje z rówieśnikami.

Niestety po pierwszym tygodniu wirus dopadł Filipa i póki co tyle przedszkola.

tatafi
| FOTO

abstrakty z paszczy

8 grudnia 2009

Gdy Filip zaczynał mówić, tzn. wydawać jakieś bardziej konkretne, dłużej trwające dźwięki, wśród takich naśladowanych, które ewidentnie miały coś wyrażać, pojawiło się kilka powtarzalnych, bardzo dźwięcznych, których znaczenia rozszyfrować nie było sposobu.

W kolejności powstawania są to:

Amukoko

Habybaby

Siampympampym

Sintosialone

Dopiero ze dwa miesiące temu, jak Filip trochę bardziej komunikatywnie zaczął posługiwać się szczątkami języka, postanowiłem zapytać go, co oznaczają jego magiczne słowa. Rzecz jasna nie spytałem o definicję, tylko poprosiłem go, żeby pokazał nam, gdzie znajdują się desygnaty tych jakże wdzwięcznych zlepków.
Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu Fi w sposób jednoznaczny wskazał na usta i powiedział w buzi.
Choć małżonka nie dawała wiary mojej interpretacji, że są to nic nie znaczące dźwięki, co do których pustości nie miał on żadnych wątpliwości, czas zweryfikował hipotezę na moją korzyść.

Amukoko
Habybaby
Siampympampym
Sintosialone

Filip dobrze wie, że słowa te są jego wytworem, nic nie znaczą, lecz służą wyłącznie do zabawy czy po prostu z potrzeby wydawania dźwięków.

Dzisiaj nastąpiła ostateczna weryfikacja tezy. W wersji hardkorowej. Pepe przed snem podskakując na łóżku zawoływał sobie kuwa, kuwa, kuwa. Na zgryźliwe spojrzenie taty odpowiedział szelmowskim uśmiechem, a na pytanie, gdzie ta kuwa miałaby się znajdować, junior z gracją odpowiedział w buzi (tego już rejestratory nie uchwyciły).

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

tatafi
| sound

na barykady!

1 grudnia 2009

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Koniec najdłuższej, bo aż czterodniowej rozłąki z rodzicami okazał się dla Fi początkiem nowej fazy rozwojowej. Eh, dla niego jak dla niego, ale dla nas oznacza to szok związany z przełączeniem trybu bezobsługowego dziecka, które bez zarzutu je, śpi, wykonuje polecenia, przestrzega zakazów i zasadniczo jest aniołkiem w tryb advanced, gdzie wszystko idzie nie po myśli.

Zacznijmy od tego, że po wielu przejściach z zasypianiem, związanymi z końcem karmienia piersią i cosleepingu, udało się doprowadzić do podręcznikowego zasypiania w minutę bez wspomagaczy i przy wyłączonym świetle. Każdy wieczór dawał radość i ulgę, bowiem przełączanie w tryb samodzielności zasypiania okupione było niemałym wysiłkiem. Niemniej błoga samodzielność  to już historia. Zaczęło się kombinatorstwo – jak by się można wykręcić od tego, co trzeba zrobić. Na pierwszy ogień idą pewniaki – spanie i jedzenie.

Zatem Pepe zaczął przy zasypianiu wymyślać – a to pić, a to gorąco, a to niewygodnie, mleczko, poducha nie, poducha tak!, sisi x5, tata zrobiłeś kupę, sibik zrobił kupę, małą kupę, dużą kupę! (w końcu słowo materią się stało), płacz, emememek (zawołanie o książeczkę o Elemelku), próby forsowania barierki, płacz, godzina i śpi. Bagatela.

Dalej jedzenie. Nagle zrobił się wybredny, wypluwający, szczególnie niecierpliwy, na pytanie o głód czy pragnienie zawsze odpowiadający NIE. Im większe starania, by Filip zjadł, tym większy opór. Włącznie z wypluwaniem pokarmu, który i tak nie jest ani nigdy nie był forsownie podawany.

Zabronione czynności stały się wyjątkowo atrakcyjne – od huśtania obrazem na ścianie, wyciągania szuflad, rozrzucania czego się da, po bicie taty i mamy, chodzenie i powtarzanie kufa, nie wolno, bdzidko, kufa.

No i nowy poziom wymuszania! Zwłaszcza gdy dwoje rodziców obecnych jest w domu. Wtedy wiadomo przecież, że jest strona silniejsza i słabsza, zatem można grać ile wlezie. Płacz, zrzędzenie, marudzenie, obrażka, etc.

Choć i tak najbardziej irytujące jest jego bić mamę, bić tatę, kopać tatę, uderzać tatę, mamę …
Zastanawia nas proweniencja tych akurat zachowań, nie praktykowanych przecież zupełnie. Czy właśnie tak buntownik reaguje na pokojowe metody? A może jak z przekleństwami – toć mały ma takie wyczucie tabu, że wszystko, co niedozwolone w mig staje się atrakcją numer jeden.

Niemniej cała ta sytuacja ma niezmierne zalety. Pominąwszy już oczywiste plusy dla Pepe, który poczuwa się coraz bardziej niezależny i znaczący, rodzice przechodzą przyspieszony kurs znajdywania dodatkowych zasobów cierpliwości. Dodatkowo mają jakże częstą okazję wysłuchiwać śpiewnego nieeee….

tatafi

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress