pneumoniak

21 grudnia 2009

Sobotni wieczór mogę zaliczyć do tych, gdy w parę minut cały świat potrafi się skurczyć do jednego punktu, który przez to staje się tak wszechogarniający, że nie pozostawia na nic innego miejsca. Myślę o pewnym odczuciu, które w swojej wyrazistości przyrównać mogę do deja vu albo do chwili po wypadku. Odczuciu, które towarzyszy momentom, gdy odległość między jaźnią a wydarzeniem zanika, jakikolwiek dystans obserwatora ginie, a świadomość wypełnia treść wydarzenia.

Jednak po kolei.

Wczoraj wieczorem postanowiliśmy zabrać Filipa na dyżur lekarski, bowiem w środę pani doktor zdiagnozowała lekką infekcję wirusową i powiedziała, że do niedzieli powinno wszystko być w porządku. Mało tego, że w czwartek kaszel brzmiał gorzej. Dodatkowo wystąpiły wyższe gorączki mimo podawania przepisanych leków. Sobota natomiast okazała się być dniem dość mało miłosiernego zachowania dziecka, co w połączeniu z jeszcze bardziej nasilającym się kaszlem oraz 39 od rana Justyny intuicja zinterpretowała jako stan wymagający wyjątkowej troski.

Pojechaliśmy najbliżej, czyli na SOR szpitala Narutowicza. Przemiły i wyjątkowo empatyczny pediatra po przebadaniu Fi zapytał, czy przypadkiem żadne z nas nie ma zapalenia płuc. Myślałem, że to taki swoisty żart w 36 godzinie pracy, co jednak okazało się bardzo wdzięcznie wygłoszonym komunikatem, że nasz syn ma zapalenie płuc. Choć zabrzmiało mi to początkowo nieprawdopodobnie, to ów pozorny brak prawdopodobieństwa niezwykle szybko przerodził się w przerażenie i stan, o którym parę słów padło w pierwszym akapicie.

Mimo iż w prawym dolnym były słyszalne świsty, które miały do porannej kontroli zaniknąć, stan Pepe był na tyle dobry, że puszczono nas do domu. Warunkowo, bowiem przy wystąpieniu choćby jednego z wielu warunków mieliśmy momentalnie pojawiać się na oddziale. Wystarczyło, by młody wypluwał antybiotyk lub nim wymiotował (co w jego przypadku miało miejsce),  spłycał oddech, nie chciał pić, jeść, czy zachowywał się w jakikolwiek sposób niestandardowo.

Na szczęście lekarstwa przyjął i choć w analogicznych ilościach wchłonął pokarm i napoje, to do rana się nie odwodnił, świszczenie znikło i z większą nadzieją, niż po pierwszej wizycie (gdzie lekarz stwierdził ‘nie jest najgorzej’), udaliśmy się do domu.

Wszystko to oznacza, że najprawdopodobniej Święta nie będą w szpitalu, tylko w niezwykle kameralnym gronie w Krakowie, Fi może sobie chwilowo na troszkę więcej pozwolić, rodzice mają trening nie tylko z cierpliwości, ale i z radzenia sobie z tysiącem obaw, które potrafią się dość nachalnie wciskać do głów.

Pozostaje mi wątpliwość na ile przedszkole jest miejscem niebezpiecznym choć pożądanym oraz refleksja, że mamy niesamowite szczęście żyć w dość rozwiniętym kraju i regionie, w takich warunkach, gdzie zapalenie płuc nie stanowi o odroczonym wyroku niepełnosprawności czy śmierci.

PS. Mimo – bądź co bądź – osłabionej kondycji, Filip – z wyjątkami – nie traci energii do rozrywek wszelakich. W niedzielę lepił ciastka, przewrotnie nazywał się Jankiem wywracając oczami, przeklinał na głos na korytarzu uśmiechając się po szelmowsku. Szczyt przebiegłości w swym rozkręcającym się, choć coraz bardziej ogarnialnym buncie osiągnął, gdy na pytanie Justyny o to, którą poszewkę na poduszkę sobie życzy, ten wstał, zaczął pukać palcem w ścianę i mówić uparcie ‘o tą!‘.

Podobne posty:

  1. malinki plosze! Nasz syn jest istotą niezwykle towarzyską. Kiedy goście nawiedzają nas o 22, potrafi wybudzony z...
tatafi
| FOTO

Kometarze »

Napisz pierwszy komentarz.

RSS komentarzy. TrackBack URI

Odpowiedz

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress