styczniowo chorobowo

29 stycznia 2010

Nie zawsze choroba jest taka cudna, słodka i wytworna, jak pokazują w Internecie. Piszą zabawnie, zdjęcia ładne wrzucają, co to za choroba.

Otóż nie bylejaka, a na dodatek trafiło w operatora i narratora tak, że najbardziej dramatyczne, ale i zabawne momenty utrwaliły się tylko w pamięci. Na przykład widok na poły rozebranego Filipa, który zadziwiony stoi przed wysięgnikiem maszyny GE do zdjęć Roentgena, za którym stoi tata i mówi, że ten jasny strumień światła to też aparat fotograficzny, tyle że większy. Sciągnięte ramiona, zdziwione oczy i nabrane powietrze w płuca. Klik i jest. Czysto. Kolejnego zapalenia płuc brak. Wyszło jednak zapalenie nosa i gardła. Dzień później okazało się, że jeszcze zapalenie oskrzeli. Aha, doszło do tego zapalenie spojówek, jak u małego kotka żyjącego na śmietniku. Smutny widok. Nie tylko widok, bowiem zgroza nas zaczęła zdejmować z tymi chorobami.

Skąd to, dlaczego i jak to w ogóle znowu tak. Czy to odporność bylejaka, czy rodzicielskie błędy, a może klub malucha aka przedszkole i całe dobrodziejstwo dostarczane przez inne niewinne dzieciątka? W grudniu zdążył tam być 4 razy, zanim go płucne licho trafiło, teraz był 2 i oskrzela. Może profilaktycznie miast do pieca na x zdrowasiek Panie raczą młodzież świeżym, bo wymrożonym do cna, balkonowym powietrzem? Jak sytuacja jest słaba, to się człowieka czarny humor wiesza, niniejszym przepraszam Panie Przedszkolanki. W końcu przy ostatnim przechwycie Filipa, ten absolutnie nie chciał do domu, tylko mówił do przedszkola idziemy!, co oznacza, że naprawdę mu się podobało, a do tego było tak społecznie i edukacyjnie.

Drugi obraz – Filip na mych kolanach dotykany trzema rozgrzanymi końcówkami stetoskopów, obsługiwanych przez 3 młode Lekarki Praktykantki. Gdyby nie one, Filip wariowałby z nudów, które są nieodzowne, gdy tylko Wspaniały Pan Doktor rozpoczyna mini-wykład na temat etiologii, przebiegu, leków i dobrych praktyk. Zatem on air wszystkie te interesujące cuda, a na kolanach wniebowzięty Fi, który co chwilę niemalże wyrywa koszulkę ze spodni i mówi zachęcająco teraz puk puk Filipka. Jako że byłem en face do kwiatu polskiej, choć w przyszłości pewnie skandynawskiej czy brytyjskiej medycyny, to do tej pory się zastanawiam, czy to Pepe czy one właśnie miały większą frajdę. Wyglądały zupełnie, jakby się do maszyny z dobrą muzyką wpięły.

Trzeci – do przybitego do łóżka ojca przyjeżdża pseudopogotowie, przywozi Panią Doktor, która praktykantką mogła być w trakcie wojny (nie bałkańskiej bynajmniej). Pani Doktor osłuchuje tatę (Filip już podnosi koszulkę), wyciąga latarkę do gardła (Filip otwiera paszczę jak nigdy, podnosząc brodę i wydając dłuuugie aaaaaaa) i łapie haczyk rzucony przez Pepe. Bez patyka zagląda do buzi, z latareczką, Fi triumfuje, idzie do kierowcy karetki, wyciąga rękę i mówi graba wujku.

Zdjęcia zatem z innej beczki, z przyjaciółmi (tak, takimi z profilami na FB), z przymusowego nielepienia bałwana, z buntu i zabaw, bo po dziecku nie idzie poznać, że cokolwiek mu dolega oprócz dorastania.

tatafi
| FOTO

graba, doktorze!

28 stycznia 2010

Filip odkąd z lekarzami “ma przyjemność” obcować często, częściej niżbyśmy sobie tego życzyli, darzy wszystkich bez wyjątku swoistym uczuciem.  Początki historii sięgają zamierzchłych czasów okresu noworodkowego, kiedy to odwiedzała nas Pani Położna, bądź co bądź Wysłanniczka Służby Zdrowia. Pamiętam stan rozbawienia i przerażenia płynącego z obserwacji, jak świeżo urodzony daje popis swemu niewybrednemu poczuciu humoru niemalże trafiając kupką (taką mleczną) w położną. Potem nasze wizyty odbywały się zgodnie z harmonogramem, dokładnie w rytm szczepień. W międzyczasie jeden krótki pobyt szpitalny (kiedy nasz bohater liczył sobie 3 miesiące i uroczo nazywany był na oddziale “Przepuklinką”).

Krótko mówiąc, wszystkie Panie Doktor niespecjalnie Filipa zajmowały, ich atrakcyjność równa była atrakcyjności naklejek “dzielny pacjent”, które zresztą kolekcjonuje. Witane były najpierw gromkimi łzami, a odkąd zaczął mówić wprost, stanowczym : “Pani doktor NIE!” Aż do grudnia, kiedy często przyszło nam odwiedzać Pana Doktora, który naklejek nie daje, za to człowiek tworzy taką aurę, którą Filip (ja też) w mig łapiemy i nie ma mowy o płaczu czy buncie przed otwarciem paszczy. Młody podchodzi, bierze za rękę i mówi jak do przyjaciela: “graba Panie doktorze“. Apogeum szczęścia nastąpiło wczoraj, kiedy ulubiony Pan Doktor przybył w towarzystwie trzech pięknych, młodych Lekarek- Stażystek i każda chciała posłuchać, co tam u Filipa słychać :) Młodzieniec wskazywał palcem(!) mówiąc:

- Teraz Pani posłucha, teraz Ty, teraz Pani.

Skojarzyło mi się jednoznacznie z obrazami z “Seksmisji”.

Zabawane, bo z resztą wcale mi nie do śmiechu..

Graba Doktorze, zdrowiejemy!

mama_fi
| noFOTO

chlebożerca

21 stycznia 2010

Coraz częściej Filip zaskakuje zdecydowanymi, nie cierpiącymi sprzeciwu, zachowaniami. Tu postanowił, że tak właśnie będzie pożerał bochen chleba.

Filip chlebożerca

tatafi
| FOTO

skakanek

21 stycznia 2010

Filip średnio pół godziny dziennie spędza na podskakiwaniu, głównie na łóżku. Z muzyką lub bez, z odgłosami lub po cichu, skakanie jest czynnością, której młody nie przegapi.  Nie wiem, czy to przyruch, czy imperatyw ruchu, niemniej w pamięci żywo stoi obraz, gdy Fi miał pół roku i leżąc w leżaczku walił nogami w górę i w dół, co było odpowiednikiem skakania. Gdy zaczął chodzić, wspinać się na łóżko i schodzić z niego, gdy odkrył Five little monkeys, skakanie stało się nieodzownym elementem każdego dnia.

Filip skaczący

tatafi
| FOTO

motor i oszczerstwa

21 stycznia 2010

Filip po raz pierwszy zarzucił mi oszczerstwo. Z przekory czy z niewiary – nie wiem. Zabawiał się motorem od babci, gdy tata powiedział:

- Filip, wiesz, że tata miał prawie taki sam motor jak ten, który trzymasz w ręce?

- Nieprawda!

- Jak to nieprawda?

- Tak!

Po czym rzucił mi ultrakokietujący uśmiech.

W ogóle bardzo ustawiać nas próbuje, samemu nie ustając w oporze. Dzisiaj wrócił do żłobko-przedszkola, gdzie sprawował się posłusznie, znakomicie, za teren wojny bowiem uznaje on wyłącznie grunt domowy. Stąd prawie o 3 po południu siedzi i nawija, zamiast spać. Ile razy próbuje się go kłaść, ten kładzie główkę, by po sekundzie podnieść ją mówiąc Wstałem już!. Zwykle mija trochę czasu i kapituluje, niemniej ostatnio coraz częściej nie.

Mało tego, wystarczy by Justyna położyła głowę, a ten od razu wszczyna rwetes wołając Nie śpij, wstawaj, budź się!
Szczęśliwie ok. 9 wieczorem składa broń i przesypia całe noce w swoim łóżku.

tatafi
| noFOTO

podwierzchowność

4 stycznia 2010

Dzisiaj antyprimaaprilis. I nie dlatego, że jakoś nieśmiesznie, tylko nominalnie data taka oraz pogoda, że nie sposób nie pomyśleć o wiośnie.

A skoro o wiośnie, to i o przeszłej wiośnie. Na dodatek tak się składa, że z pierwszego kwietnia właśnie zdjęcie robi za tapetę w telefonie. Pies z tapetą. Zdjęcie bowiem lubię bardzo, bo od ponad 9 miesięcy nie traci na aktualności, mimo iż Fi wydoroślał troszeczkę. Niemniej absolutnie nie zatracił tak dobrze tutaj widocznego rysu gałgana, nicponia i basałyka, który wróży, że w mniej lub bardziej odległej przyszłości będzie człowiekiem z poczuciem humoru.

Lubię to zdjęcie za to, że widzę w nim więcej niż tylko li powierzchowność filipową. Jawi mi się przez nie coś więcej, pewna natura, z którą obcowanie sprawia mi niesamowicie dużo przyjemności i satysfakcji.

podwierzchowność

tatafi
| FOTO

Pierwsze świadome śniegi

3 stycznia 2010

Tak. W końcu po miesiącu, miesiącu? Nie wiem, trochę rachubę czasu straciłem przez katary, zapalenia, święta i inne. ł każdym razie dużo czasu minęło, odkąd Filip był na powietrzu inaczej niż przelotem odo lekarza. Czyli na spacerze. Do tego sytuacja dziwną się stała, że Fi absolutnie nie pozwalał sobie przymierzyć nowej kurteczki, na temat spaceru reagował wyraźnym spacer nie, do paku nie, a przed samym wyjściem – o dziwo – powiedział nawet do śniegu nie!. Mimo iż jeszcze godzinę wcześniej zachęcał tatę, by ten na balkon wyłaził po biały puch. Zdziczał totalnie czyli.

Mimo iż z powodu mrozu bałwana się nie dało, a spacer trwał pół godziny, to odbył się w towarzystwie uwielbianej Amelki i jej mamy Magdy, co przy całej wyjściu w cudowną krainę śniegu było niczym wisienka na torcie. Fi był wniebowzięty. Mimo iż ręce zgrabiały a twarz skraśniała, ten wygłaszał jak mantrę do domu nie!.

Musiało być faktycznie nie lada przeżycie, zobaczyć plac zabaw pokryty śniegiem. Lecz miast kontemplować przemijanie, kontekstualność i w ogóle odmienność zaistniałej sytuacji, Fi odgrzebał grabki i jak gdyby nigdy nic zaczął kopać nimi dołki. Tym sposobem zbudował magiczny pomost między tym co obce i nieznane oraz tym, co oswojone i lubiane.

tatafi
| FOTO

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress