Maszynista na Żabińcu
Jesienią ubiegłego roku odkryliśmy z synem zakątek, gdzie krzyżują się dwie linie kolejowe, w którym to młody może rozwijać swoje pasje pociągowe, przy okazji ucząc się cierpliwości. Byliśmy tam ostatni raz na początku listopada, kiedy liście były żółte, wiatry chłodne a powietrze zaczynało nie pachnieć mrozem. Zaledwie parę dni temu, gdy znów pojawiliśmy się w okolicach, Filip błyskawicznie skojarzył miejsce i zaczął wołać rozdygotany z podniecenia:
Tam pociągi będą, tak, jechały, długie i głośne…
I czekaliśmy godzinę, by – w sumie – przez parę sekund zaledwie zobaczyć sześć pędzących składów, z czego tylko dwa miały lokomotywę z prawdziwego zdarzenia. Dla Fi jednak zetknięcie się z jadącymi pociągami w realu jest na tyle ekscytujące, że nie ma aż tak wielkiego znaczenia, czy mają lokomotywę czy nie. Dzisiaj, gdy tylko zaproponowałem, że pójdziemy na Żabiniec, Filip włączył:
Tak, będziemy łapać żaby!
Najwidoczniej nie do końca pojął, że nasz przeuroczy zakątek zlokalizowany jest właśnie na Żabińcu. Niemniej, gdy tylko wyjaśniłem, że tam właśnie parę dni temu wyczekiwaliśmy pociągów, Filip zaczął wywód, wywracając oczami:
Tak, będę maszynistą pociągu. Będzie ciagnął wagony. Długiego i głośnego [podskakując]. Jak robi?!
I będę machał. I jechał do Warszawy.
[Tydzień temu na dworcu faktycznie pomachał mu maszynista ze okna swojej maszyny].
Pasja kolejowa nie odpuszcza. I choć nie ma już tyle płaczu o pociągi na Youtubie, nie ma gwałcenia rodziców poprzez chwytanie za dłoń i mówienie ‘o tym małym paluszkiem wpisz pociąg‘, to nadal jest to motyw przewodni. Włącznie z tym, że – jak małżonka doniosła – w piaskownicy nawet Fi wypytywał szkraby o ich pasje, dumnie mówiąc o swoich pociągach.
Podobne posty:
- Po rozłące Zaledwie kilka dni rozłąki, a tęsknota niemała. Jeszcze większe natomiast zdziwienie, a raczej uczucie zupełnie...
