Od ponad dwóch tygodni w dużym łóżku, najpierw pierwszym, następnie drugim, zaczął znów pojawiać się znany już dobrze gość. Na początku nerwowo, czasem z płaczem niewybudzenia/niespania, czasem dużym susem z kopniakiem w nerki taty przy pokonywaniu przeszkody w jego postaci. Z czasem jednak spokojniej, bez paniki, z włączonym humorem, który kazał zalotnie, nieco pretensjonalnie nawoływać “gdzie jesteś tatuśku”. Co do samego pobytu gościa, to również uczciwość wymaga pochwalić poprawę. Początkowe dosypianie, a czasem po prostu przesypianie, przeplatane było mniej lub bardziej kontrolowanymi zamachami nożnoręcznymi, które skutkowały silnym poirytowaniem obojga rodziców. Poirytowaniem to mało. W przypadku taty, pół nocy walki z najdroższymi nogami i rękami owocowało porankiem zgniłym niczym krowa wyciągnięta po miesiącu z Wisły.
Kolejnym symptomem kompensacyjnym miało być poczucie własności. Wszystko okazało się jego (żadne odkrycie), niemniej w stopniu na tyle karykaturalnym, że stwierdzenie ojca, że mama jest jego żoną, kończyło się płaczem i wieszaniem się na rękach u jej nóg. Zabawa wielokrotnie kończyła się na starcie, gdy okazywało się, że filipowe zabawki nie mogą zostać skalane niefilipowym dotykiem. A żądań wspólnej zabawy było coraz więcej, dzieciątko na moment nie zostać samo, a jak się już przydarzyło, to trochę skandal był niemały. Nie byłbym uczciwy, gdybym nie wspomniał, że zdarzały się momenty, gdy dziecko znikało szczęśliwe w drugim pokoju, by tam nacieszyć się tym i owym, najczęściej z równoczesnym krzykiem wniebogłosy. Nie płaczem, wymuszaniem, marudzeniem tylko krzykiem, ot piskiem takim, wrzaskiem i hałasem takim, na jaki pozwala niemałe już – bądź co bądź – gardło. Zastanawiało mnie, czy to ćwiczenia nowego rodzaju ekspresji (niii), zwracanie na siebie uwagi (he?), zachowanie podpatrzone czy też może chęć kompensacji zachowań, które społeczeństwo, a raczej – w tym przypadku – społeczność wymusza. Wymusza również pewien dystans, autentycznie i milusio nadrabiany w domu w postaci przedłużonych sesji przytulania, coraz częściej inicjowanych przez samego bohatera.
Niemniej to już niejako historia. Trzy tygodnie w przedszkolu, a droga, którą przeszliśmy wspólnie wydaje się daleka. Zniknęły działania kompensacyjne, jest nowy Filip, zsocjalizowany, bardziej żywy i pogodny niż kiedykolwiek. Z perspektywy śmiem stwierdzić, że bezboleśnie prysła iluzja świata, gdzie świat się kręci wokół trójkąta dziecko-rodzice. Cieszę się, że każdemu z tym dobrze.