jesienne żarty

30 października 2010

Jak już pisałem, Filip nie wydaje się cierpieć na deficyt poczucia humoru. No, może z wyjątkiem sytuacji, gdy zdarzy mu się wziąć zbyt wiele do siebie, albo przegina w drugą stronę, czyli dochodzi do rozwałki kanałów komunikacji, gdy próbuję na nim wymóc coś, a ten mnie pyta jak się czujesz piesku? Ostatnio właśnie temat wchodzenia w role eksploruje najmocniej. Jego mama jest na przemian albo jego małą dzidzią albo siostrzyczką. Podchodzi i przytula, głaszcza i pociesza mówiąc nie martw się mała dzidzio, choć potrafi również zaproponować płacz mała dzidzio.

Parę tygodni temu, podczas wspólnego posiłku wymyślił sobie, że tata jest Filipem, mama Amelią a on sam Maćkiem. Zatem brygada dzieciaków z Kluczborskiej 25, wiek zbliżony, przy stole. Okazało się, że ta fantazja to nie był jednorazowy strzał – minęło już sporo czasu, a Filip momentami nadal woła do mnie IPIĆ! (czyli Filip w maćkowym języku). Kilka dni temu oszalał, gdy puściłem mu Maciek ja tylko żartowałem. Zupełnie komfortowo czuje się, gdy mówię do niego Maciek, wołam go w ten sposób, akceptuje to, co więcej od razu łapie temat bo odpowiada mi wołając IPIĆ. To akurat w miarę nowość, bowiem jeszcze niedawno Fi nie mógł złapać odpowiedniego dystansu, gdy był nazywany inaczej niż Filip. Na buntownika się buntował, tak jak na małego bąka, bąbla, itd. Wtedy ze złością krzyczał, że jest Filipem, Fi-li-pem. Ile razy to ja mu tłumaczyłem przezwiska i role, pytając czy jest synem, przedszkolakiem, chłopcem. Fakt, że czasem nadużywałem, drocząc się z nim i upierając się, że jest babuchą czy jakimś zwierzęciem. Trochę bezlitośnie, bo aż się rozpłakiwał w obronie swej tożsamości – wtedy miękłem i ponownie tłumaczyłem, że żartowałem, że to tylko żart był, wiem, że jest Filipem i nie jest nikim innym.

W decydującej fazie łapania dystansu na każdą moją zaczepkę, która brzmiała mu dość niezwykle, albo po prostu mało prawdopodobnie Filip odpowiadał krótkim, acz zdecydowanym i na pewno przezabawnie brzmiącym:

Żart!

Więc gdy tylko powiedziałem, że jest kaczuchą, to on kwitował to krótkim żart! i jasne było o co idzie. Co więcej, gdy zlepiałem jakieś językowe bzdury, czasem przypadkowe i nawet niemalże mimowolne, jak np. Brodka smrodka, Mr. Gumowe Ucho wyłapywał w mig by skonstatować choćby pod nosem żart!.

Wracając jednak do kwestii tożsamości, która wydaje się być dla niego na tyle istotna, żeby zaprzątać sobie ją często głowę, to Filip wszedł dość gładko również w świat nie swoich ról. Do zasypiania puszczam mu bajki rozmaite, choć ma swoje ulubione typy, jak we wszystkim zresztą. Ewidentnie spodobał mu się sposób czytania Żebrowskiego, zwłaszcza o niedźwiedziu, który nie mógł spać. Wyraźnie nie dawało mu spokoju, że ten sam głos jest równocześnie niedźwiedziem i doktorem, więc zaczął dociekać. Zrozumiał, że przyjmowanie tej czy innej roli może zależeć od woli, choć absolutnie nie daje sobie narzucać ról. Tym samym większość zabaw odbywa się w świecie zwierząt; tata ostatnio jest głównie krową, pieskiem albo małpą (czasem również wredną).

Czym jednak mnie najbardziej do tej pory powalił i to dwukrotnie, raz gorzko, raz słodko, niech stanowi puentę tego filipożartowego patchworku. Pewnego razu wracając z placu zabaw szły w naszym kierunku dwie starsze osoby, podpierając się nawzajem. Moment przed wymijaniem, Filip podniósł palec i – ku memu największemu zgorszeniu – pełnym głosem wygłosił:

- Patrz tato, stare baby idą!

O zgrozo! Skąd on czelność wziął, żeby tak niemalże w twarz komuś obcemu treści wygłosić, to wiem, ale skąd te stare baby zaczerpnął?! Dlaczego fakt, że czasem abstrakcyjnie mówiłem na Filipa stara babucha miałby się przełożyć na nazywanie kogokolwiek innego w ten sposób? Rozterki szybko na bok, skarciłem cicho syna tłumacząc mu upierdliwie, że w ten sposób może komuś krzywdę zrobić, obrazić go, że przykro mu się zrobi, tak, bo przecież słowa też ranią, a stara baba nie jest bynajmniej określeniem obojętnym emocjonalnie. Wyglądało na to, że pojął.

Teraz sequel, czyli puenta sensu stricte. Niedługi czas później jesteśmy na Żabińcu, obserwować pociągi. Wieje ciepły wiatr, słoneczko przyświeca resztki liści na drzewach, Intercity do Warszawy zatrzymał się na światłach by jego maszynista mógł zjeść bułkę w otwartych drzwiach i zaprosić Filipa na peron, by ten następnym razem mógł sobie wsiąść do lokomotywy, bo on sam ma małego syna, więc wie jaka to frajda. Ludzie przechodzą przez tory, jak zwykle, wśród nich dwie starsze panie. Nadchodzą. Czuję niepokój wewnątrz, bo mimo iż mam syna za pojętnego, wiem iż dla ciekawości mojej zmieszanej reakcji może dalej brnąć w eksperymenty społeczne. Kobiety dochodzą do nas, w zwolnionym tempie widzę podnoszącą się rękę Filipa, otwierające się usta, które wypowiadają:

- Patrz tato, starsze panie idą!

Ufff… mijają nas, a Filip z szelmowską miną, sciszonym głosem w moją stronę wygłasza z triumfem:

- A wtedy przy placu zabaw to stare baby były!

I wilk syty, i owca cała. Zabawa konwencją w wykonaniu 2.5 latka przebiła jego wszystkie dotychczasowe wyskoki. Respekt. Nie przypuszczałem, że Filip jest w stanie zdobyć się na taką konspirę.

Filip-Konwenanse – 1:0

tatafi

eksperymentacje

26 października 2010

Przyznaję się, że czasami jestem zbyt upierdliwy w niepozwalaniu Filipowi na  pewne zabawy, które mogłyby mi jakoś utrudnić życie. Z jednej strony zupełnie słusznie (w przypadkach ekstremalnych, np. gdy mówi że chce wypaść przez okno), z drugiej jednak mam świadomość, że blokuję jego imaginację tam, gdzie chciałaby sobie “pofruwać”, co nie narażałoby na szwank jego życia i zdowia, tylko moje poczucie porządku. Ad exemplum: chłopak chce rozlać wodę by ją rozetrzeć po podłodze – nie pozwalam, chce podrzeć książeczkę – nie pozwalam, rysować po ścianie – nie pozwalam, chce obsługiwać komputer w bardzo dynamicznej manierze – nie pozwalam (już jeden komputer poległ w taki sposób), etc.

Justyna jednak ostatnio postanowiła ograniczyć moje ograniczanie spontaniczności dziecka, które to postanowienie skatalizowały jakieś podręczniki Montessori. Czyli jeśli chłopak znajdzie zabawę bezpieczną, lecz nawet trochę bezpardonową dla panującego ładu, to miast ucieśniać go i blokować oraz represjonować, trzeba pójść za nim, dopuścić jego nieskończoną spontaniczność, kreatorkę cudów wszelakich. Co więcej, pójść za nim w tej zabawie, zgubić się w niej, jak w … dobra, tyle. Po prostu pozwolić mu na więcej, a w zamian dostać dziecko podłączone do cna do swojego świata.

Życie szybko generuje sytuacje pomagające weryfikować rozmaite założenia. Pod naszą nieobecność w pokoju, Filip dostał w łapy puder. Rzecz jasna wysypał trochę na podłogę. Posolił. Jako w miarę zdyscyplinowane dziecko przybiegł szybko zdradzić, co się wydarzyło. Ku jego zdziwieniu nie został skarcony, tylko zachęcony do dalszej zabawy. Więcej pudru na podłogę! Yeah. I dawaj pływać w nim, czołgać się, tarzać i szorować ciałem. A ręce o twarz raz raz wycierać. To dopiero zabawa. Radość wezbrała co niemiara. Piękny widok. Bo i radość, i jakby rytuał przejścia jakiś, patrząc na twarz jak wysmarowaną popiołem. Jednak dziecka świat nie zawsze musi trybić ze światem opiekunów, zatem Justyny nadzieja, że w ferworze walki wystarczy Filipowi dać do ręki szmatkę, a podłoga w cudowny sposób wyczyści się tak, jak się zabrudziła, musiała pozostać płonna. Dobrze, że chociaż chciał się umyć . I tu miejsce na poluzowanie – bo czemu tylko umyć, skoro można chlapać i dawać czadu jak w lecie. Z łazienki wyszedł czysty i tylko trochę mokry. Eksperyment się udał, choć w teorii brzmiało troszkę piękniej. Straty prawie żadne. Ekspresja bezcenna.

Niemniej pozostaje pytanie, jak wyznaczyć granicę kiedy wolno puszczać fantazję, a kiedy trzymać rygor. Jak Filip ma to zrozumieć. Czy wystarczy wprowadzić czas zabawy, pewną konwencję, w której spontaniczność bez granic będzie pożądana, oraz czas … no właśnie, czego, sprężenia, zdyscyplinowania, kiedy zadanie do wykonania i rezultaty w czasie określone najważniejsze? Bo np. do przedszkola wychodzimy? Toć dla takiego malca zabawa toczy się cały czas, nie ma jeszcze podziału na Zegarowo Dolne i Górne.

Zastanawia mnie, jak w schemat powyższy wpisuje się moja interakcja z synem, gdy jesteśmy we dwoje i mamy wysoko usytuowaną powierzchnię poziomą. Gdy daję zielone światło, Filip ma ogromną ochotę wejść na murek i wie, że można nań wejść, skoczyć z niego (choćby miał i 2 metry jak ostatnio), bo tatuś stoi na dole, daje sygnały że można i że złapie. Bez sygnałów zachęcających strach jest paraliżujący, dodatkowo Rafał wyraźnie mówi, że gdy jego ręce nie czekają, to strach dobrze podpowiada, bo upadek byłby bardzo bolesny i nieprzyjemny w skutkach. Wtedy też nie ma chęci zbliżania się nawet i sprawdzania, czy faktycznie jest wysoko i czy by bolało. Głos taty jest bardzo kategoryczny, choć nie musi taki być, bo przecież jest wysoko, a głos zaprogramowany od pokoleń lęk przed upadkiem przeważa nad wszystkim…

tatafi

pingwin na klawiaturze

23 października 2010

- Dlaczego, dlaczego!? – krzyczę wkurzony, gdy strona we Flashu nie działa jak powinna.

- Dlatego, …, że … hmm… pingwin zrobił siku… hm… na klawiaturę. – rezolutnie ustosunkowuje się dziecko do głośno wyrażanej złości ojca.

tatafi

nebulizacje

19 października 2010

Dość osobliwie się rozpoczęła ta jesień, a z nią socjalizacja przedszkolna. Filip został wyałtowany na miesiąc – tak z dłuższych spacerów, jak i z zabaw z dziećmi. Na szczęście antybiotyk był tylko na samym początku, później udało się metodami mniej radykalnymi, choć ilość nowych dziwnych rurek w domu wskazywałaby na coś zgoła odmiennego. W końcu w odstawkę poszła zbyt słaba Frida, której funkcje przejął podłączany do odkurzacza Katarek. Dodatkowo p. doktor zleciła mu inhalacje, wobec czego zdobyliśmy nebulizator, który początkowo okazał się wielką atrakcją. Filip – ku zgrozie mamy swojej – miał wielką radochę z nakładania maseczki i zdyscyplinowanego siedzenia w niej kilka minut. Jednak po paru dniach już zaczął po minucie inhalacji dopytywać ‘jest płyn?’, ewidentnie mając nadzieję na koniec zabiegu. Po niemalże dwóch tygodniach efekt wow zupełnie minął, młodego trzeba zachęcać, zwłaszcza iż wie on już dobrze, że po inhalacji należy przyjąć sporą ilość wody, a to wieczorem po kolacji nie jest wybitnie przyjemne (ze względu na ograniczoną pojemność brzucha).

tatafi

złość i melancholia wiewiórek

7 października 2010

Złość, a raczej zła mina przypozowana, bo ostatnio nie za dużo jej, a melancholia co nieco autentyczna. Promienie słońca, które wyraźnie dają znać o przemijającym lecie, nie pozostają bez wpływu na humory. Te nie są złe, tylko bywają zawieszone i zmienne. Choć w gruncie rzeczy, mimo pewnych zdrowotnych niedyspozycji, Filip promienieje.

Z tydzieńtemu dotarło do mnie, jak w przedszkolu próbował pocieszać jakiegoś płaczka, niemniej nie zrobiło to takiego wrażenia, jak jego:

- Właź pod paszkę duża wiewiórko. I nie smuć się nigdy. Nigdy przenigdy.

wypowiedziane do mamy, która faktycznie wgramoliła głowę pod pachę syna. Ten natomiast z precyzją szlifiera diamentów znalazł odpowiednie miejsce na jej głowie i wlepił jej pedantycznego, soczystego buziaka. Co więcej – nie jest to incydentalne, bowiem Filip zaczął paszkę odstawiać prawie codziennie.

tatafi

Nocne smarki

5 października 2010

Filip pobił rekord w zasypianiu i długości snu. Co prawda gdy był zupełnie mały i kimania miał częste i nieregularne, to zdarzały się akcje zasypiania o 23, by 3 godziny później wstać na naturalne mleczko, jednak tamten okres był czasem snu przepleciony okresami jawy, nie odwrotnie.

Wczoraj już po 21, męczony kaszlem i katarem, przegapił porę kryzysu i postanowił nie spać. Nawet gdy mama poległa, a ja zanosiłem go do jej łóżka, by się do niej przytulił i zasnął, ten tylko włączał ‘papa mamusiu’, złaził z łóżka i gnał do mnie, bym mu pokazywał jak pracuję. Przy okazji dowiedział się, jak wygląda kula ziemska, gdzie mieszka Piotrek S., gdzie są babcia i dziadek, obejrzał parę lokomotyw, odświeżył sobie obrazy Jezusa, Shivy, Krishny i Buddy by zacząć zasypiać na mnie. Absolutnie nie chciał iść na żadne łóżko, choć nie robił afery. Chciał siedzieć na mnie i zasypiać. Trudno się było ułożyć, lecz w końcu z poduszką, po pół godziny usnął jak półroczniak. I jak półroczniak zaczął się kręcić podczas zasypiania, co przy jego 99cm długości było dość karkołomne. 3 minuty przed północą młody został odniesiony do łóżka, by wstać o 730 rano. W pełni wypoczętym.

tatafi

tożsamościowe kuku

3 października 2010

Mam swojego syna za osobę niepozbawioną humoru. Oprócz miewania humorów, daje on relatywnie często do zrozumienia, że ma dystans do pewnych konwencji/tematów i potrafi z nich drwić.

Dlatego zdziwiła mnie reakcja Filipa na następującą wymianę zdań między rodzicami.

- To kim ty jesteś? – pyta mama.

- Ruskiem. W końcu moja rodzina pochodzi z Wołynia. Ty też jesteś ruska.

- Nie, ja jestem Czeszką – odpowiada mama.

- Na szczęście ja jestem Arabem – kwituje tata.

Podchodzę do syna i widzę strapioną i smutną minę jego. Zagubione oczka patrzą we mnie, by spytać:

- A ja kim jestem?! No kim?

Po czym jeszcze parę razy powtarzał ja kim jestem?

Ewidentnie coś jest na rzeczy w kwestii tożsamości – już od pewnego czasu Filip alergicznie reaguje na moje bardziej lub mniej śmiałe nazywanie go np. buntownikiem. Wkurza się na to i dobitnie mówi.

- Jestem Filipem!

Na nic się zdają próby uświadomienia mu poprzez pytania, że może być równocześnie dzieckiem, synem, przedszkolakiem, etc. Jak się uprze, to jest tylko Filipem i koniec!

tatafi

Artsyszmartsy

1 października 2010

Skutkiem wysiłków głównie mamy i pań przedszkolanek, Filip wkroczył w fazę twórczą. Brzmi trochę bzdurnie, bo oczywistym jest, że twórczym dziecko staje się w momencie pierwszych interakcji, niemniej ostatnio mamy do czynienia z coraz większą ilością artefaktów świadczących o zmianach. Jakoś nie za bardzo ekscytuję się twórczością plastyczną przyniesioną z przedszkola, czy samodzielnie obłędnie pociągniętymi liniami po kartkach papieru,  bo albo pomocy zbyt wiele, albo rezultaty zbyt cienkie. Dzisiaj jednak  Filip nas dość poważnie, gdy na odwrocie wizytówki zupełnie sam nabazgrolił coś, po czym zwrócił się do Justyny mówiąc, że to są sanki, a to jest torba. Abstrahując od tego, jak dalekie skojarzenia musiały go naprowadzić na temat kreskówki, wykonanie jest – jak na dwuipółlatka – przednie. Tam naprawdę widać sanki i torbę. Zastanawiamy się jedynie, na ile jest to dzieło przypadku – toć mógł Fif nabazgrać coś, spojrzeć na to, skojarzyć i orzec. Niemniej sukces ma wiele ojców, a taki na taki mały sukcesik zaledwie dwóch to i tak niezły rezultat.

Poza tym na dobre rozkręcił się ze śpiewem i tańcem. Co prawda zawsze podkręca na maksa rokendrolowe kawałki, skacząc i trzęsąc się z zachwytu, to nutki i słowa podchwytuje trochę bardziej ludyczne. Niemniej zaczyna modyfikować, sklejać i wymyślać. Pewien czas temu zauroczył się breakdancem i gdy muzyka jest odpowiednia (brawo dla niego za wyczucie, do czego można), młody wskakuje na parkiet i zaczyna coś wyprawiać. Jak widać, ciężko się stara.

No i klocki. Tyle się naczekały, aż w końcu zaczęły się z pomocą juniora składać w rozmaite przedmioty i kształty. Dzisiaj na topie był pociąg (w końcu od ponad pół roku Fi twierdzi, że pociągi to jego pasja) i rakieta. Ciekawe, że gdy rakieta się przewróciła i rozpadła, a Justyna złożyła ją do kupy, to młody zrugał ją trochę, bo ta uskuteczniła samowolkę budowlaną doczepiając dwa klocki, których nie było w jego zamyśle.


Jednak przedstawienie Fifka w samych superlatywach jest fałszywe. Bunt szczytuje, dzisiaj dziesięć minut siedział zimny i mokry w wannie, bo absolutnie nie chciał z niej wyjść, nie wspominając o użyciu ręcznika. Żeby go rozebrać po przyjściu do domu trzeba było stoczyć piętnastominutową bitwę z użyciem ciężkiej artylerii. U pani doktor natomiast, która podsumowała, że choroba poszła precz, wykazał się niebywałym tupetem, żądając wręcz, by ta otworzyła szufladę i dała mu naklejki.

tatafi

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress