jesienne żarty
Jak już pisałem, Filip nie wydaje się cierpieć na deficyt poczucia humoru. No, może z wyjątkiem sytuacji, gdy zdarzy mu się wziąć zbyt wiele do siebie, albo przegina w drugą stronę, czyli dochodzi do rozwałki kanałów komunikacji, gdy próbuję na nim wymóc coś, a ten mnie pyta jak się czujesz piesku? Ostatnio właśnie temat wchodzenia w role eksploruje najmocniej. Jego mama jest na przemian albo jego małą dzidzią albo siostrzyczką. Podchodzi i przytula, głaszcza i pociesza mówiąc nie martw się mała dzidzio, choć potrafi również zaproponować płacz mała dzidzio.
Parę tygodni temu, podczas wspólnego posiłku wymyślił sobie, że tata jest Filipem, mama Amelią a on sam Maćkiem. Zatem brygada dzieciaków z Kluczborskiej 25, wiek zbliżony, przy stole. Okazało się, że ta fantazja to nie był jednorazowy strzał – minęło już sporo czasu, a Filip momentami nadal woła do mnie IPIĆ! (czyli Filip w maćkowym języku). Kilka dni temu oszalał, gdy puściłem mu Maciek ja tylko żartowałem. Zupełnie komfortowo czuje się, gdy mówię do niego Maciek, wołam go w ten sposób, akceptuje to, co więcej od razu łapie temat bo odpowiada mi wołając IPIĆ. To akurat w miarę nowość, bowiem jeszcze niedawno Fi nie mógł złapać odpowiedniego dystansu, gdy był nazywany inaczej niż Filip. Na buntownika się buntował, tak jak na małego bąka, bąbla, itd. Wtedy ze złością krzyczał, że jest Filipem, Fi-li-pem. Ile razy to ja mu tłumaczyłem przezwiska i role, pytając czy jest synem, przedszkolakiem, chłopcem. Fakt, że czasem nadużywałem, drocząc się z nim i upierając się, że jest babuchą czy jakimś zwierzęciem. Trochę bezlitośnie, bo aż się rozpłakiwał w obronie swej tożsamości – wtedy miękłem i ponownie tłumaczyłem, że żartowałem, że to tylko żart był, wiem, że jest Filipem i nie jest nikim innym.
W decydującej fazie łapania dystansu na każdą moją zaczepkę, która brzmiała mu dość niezwykle, albo po prostu mało prawdopodobnie Filip odpowiadał krótkim, acz zdecydowanym i na pewno przezabawnie brzmiącym:
Żart!
Więc gdy tylko powiedziałem, że jest kaczuchą, to on kwitował to krótkim żart! i jasne było o co idzie. Co więcej, gdy zlepiałem jakieś językowe bzdury, czasem przypadkowe i nawet niemalże mimowolne, jak np. Brodka smrodka, Mr. Gumowe Ucho wyłapywał w mig by skonstatować choćby pod nosem żart!.
Wracając jednak do kwestii tożsamości, która wydaje się być dla niego na tyle istotna, żeby zaprzątać sobie ją często głowę, to Filip wszedł dość gładko również w świat nie swoich ról. Do zasypiania puszczam mu bajki rozmaite, choć ma swoje ulubione typy, jak we wszystkim zresztą. Ewidentnie spodobał mu się sposób czytania Żebrowskiego, zwłaszcza o niedźwiedziu, który nie mógł spać. Wyraźnie nie dawało mu spokoju, że ten sam głos jest równocześnie niedźwiedziem i doktorem, więc zaczął dociekać. Zrozumiał, że przyjmowanie tej czy innej roli może zależeć od woli, choć absolutnie nie daje sobie narzucać ról. Tym samym większość zabaw odbywa się w świecie zwierząt; tata ostatnio jest głównie krową, pieskiem albo małpą (czasem również wredną).
Czym jednak mnie najbardziej do tej pory powalił i to dwukrotnie, raz gorzko, raz słodko, niech stanowi puentę tego filipożartowego patchworku. Pewnego razu wracając z placu zabaw szły w naszym kierunku dwie starsze osoby, podpierając się nawzajem. Moment przed wymijaniem, Filip podniósł palec i – ku memu największemu zgorszeniu – pełnym głosem wygłosił:
- Patrz tato, stare baby idą!
O zgrozo! Skąd on czelność wziął, żeby tak niemalże w twarz komuś obcemu treści wygłosić, to wiem, ale skąd te stare baby zaczerpnął?! Dlaczego fakt, że czasem abstrakcyjnie mówiłem na Filipa stara babucha miałby się przełożyć na nazywanie kogokolwiek innego w ten sposób? Rozterki szybko na bok, skarciłem cicho syna tłumacząc mu upierdliwie, że w ten sposób może komuś krzywdę zrobić, obrazić go, że przykro mu się zrobi, tak, bo przecież słowa też ranią, a stara baba nie jest bynajmniej określeniem obojętnym emocjonalnie. Wyglądało na to, że pojął.
Teraz sequel, czyli puenta sensu stricte. Niedługi czas później jesteśmy na Żabińcu, obserwować pociągi. Wieje ciepły wiatr, słoneczko przyświeca resztki liści na drzewach, Intercity do Warszawy zatrzymał się na światłach by jego maszynista mógł zjeść bułkę w otwartych drzwiach i zaprosić Filipa na peron, by ten następnym razem mógł sobie wsiąść do lokomotywy, bo on sam ma małego syna, więc wie jaka to frajda. Ludzie przechodzą przez tory, jak zwykle, wśród nich dwie starsze panie. Nadchodzą. Czuję niepokój wewnątrz, bo mimo iż mam syna za pojętnego, wiem iż dla ciekawości mojej zmieszanej reakcji może dalej brnąć w eksperymenty społeczne. Kobiety dochodzą do nas, w zwolnionym tempie widzę podnoszącą się rękę Filipa, otwierające się usta, które wypowiadają:
- Patrz tato, starsze panie idą!
Ufff… mijają nas, a Filip z szelmowską miną, sciszonym głosem w moją stronę wygłasza z triumfem:
- A wtedy przy placu zabaw to stare baby były!
I wilk syty, i owca cała. Zabawa konwencją w wykonaniu 2.5 latka przebiła jego wszystkie dotychczasowe wyskoki. Respekt. Nie przypuszczałem, że Filip jest w stanie zdobyć się na taką konspirę.
Filip-Konwenanse – 1:0
