Niebywałe – jeden dzień, dwie obrazy. Co prawda już rok temu w święta Filipowi zdarzało się wędrować do kąta za generowanie słów na k…, więc sprawa nie jest nowa, niemniej wtedy było to bezmyślne, automatyczne, co nie znaczy, że mniej groteskowe. Niemniej ostatnio filipowa inteligencja podpowiada bardziej zaawansowane użycia przekleństw wszelakich – choć nie są one organiczne, to adekwatne już całkowicie. Dodatkowo – jednak – mają na celu zwrócenie na siebie uwagi.
Przywołując sytuację sprzed dwóch tygodni, gdy za oknem dęły wyjątkowo silne wiatry – Filip siedzi na zwolnieniu przy oknie, patrzy smętnie za okno i mówi:
- K….. mać, ale wiatr!
Trudno nie zareagować uśmiechem na tak lakoniczny komunikat w ustach dwudziestoośmiomiesięczniaka. Niemniej Justyna trzyma się twardo, bo – uważamy – nie ma sensu karać za ekstrawagancje językowe, które w nikogo bezpośrednio nie rażą. Na co Filip, zaniepokojony brakiem reakcji, odwraca się i mówi:
- K…. mać powiedziałem, słyszałaś?
No i sytuacja/e z wczoraj. Wracamy z przedszkola, Filip w super humorze, wchodzimy do domu i tata w tonie ekscytacji pyta:
- Filipie chcesz zupę? Z bobra? albo z wieprza jeszcze lepsza?
- Sam jesteś dupa!
Brzdęk! Spodziewałem się charakterystycznego Żart, a dostałem rymopoliczka. Fakt, że dzień wcześniej bawiliśmy się w rymy, nie oznacza, że mogłem spodziewać się aż tak ciętej riposty. Zupa smakowała, nadszedł czas na danie właściwe, które jednak okazało się zbędne dla malca. Grzebał widelcem, cośtam chrupnął, jednak większość zawartości talerza zaczęła znajdować się na podłodze. Zobaczyłem to i załamując ręce powiedziałem:
- Do jasnej Anielki!
- Nie wołaj Amelki! Dlatego że, hmmm.., jak się wkurzyłeś, to się mówi k… mać! – zdecydowanie skonstatował junior.