latość

7 września 2008

Już się chciało pisać, że lato w pełni, a my już w czterech ścianach przed monitorami nadrabiamy/zarabiamy, podczas gdy – do cholery – lato mija jednak bezpowrotnie, co słońce wyraźnie daje dzisiaj znać zmieniając kolor promieni. Jakby te zmienione kolory chciały wpłynąć na paletę wspomnień, gdzie wciąż wyraźnie, choć coraz bardziej wypłowiale rysują się wydarzenia minionych dwóch miesięcy. Jakby nadchodzący czas chciał odebrać ważność temu, co się wydarzyło. Niestety – zwykle mu się udaje. Aktualności na co dzień ważą więcej niż wspomnienia.

A po sezonie ogórkowym nie można się wiele spodziewać. Zdawać by się mogło. Jednak upływające lato obfituje w wojny i olimpiady, ale i małe, o ile ważniejsze przewroty. Z brzucha na plecy. I inne takie.

Ale po kolei.

Co do przewrotów, to Fi znalazł 2 metody na przewrócenie się z brzucha na plecy. Sięgnął piętą oka, jednak bardziej atrakcyjne wydaje mu się ssanie palców u stóp. Chyba przez nadzieję, że tymi palcami uda mu się wyciągnąć kolejne zęby. Zęby? Ach tak, w końcu wyszły. Z dnia na dzień. 2. Wobec tego pani doktor nazwała małego kasownikiem.

Jednak najwięcej zmian zaszło w domenie motoryki i wytrzymałości. Fi bowiem chwyta i z ręki do ręki, a to wszystko najchętniej w pozycji siedzącej. Niektórzy mówią nie sadzać, niektórzy sadzać, więc trzeba było znaleźć złoty środek, tym bardziej że sam Fi dość jasno dawał do zrozumienia swoje preferencje. Na początku okupione upadkami, które niezmiernie potrafiły bawić, wprowadzając postronnych w przerażenie, bowiem u dziecka głowa najbardziej ciąży. Upadki poprzedzało pijane kołysanie i podrywanie najcięższej części – więc nie było jak nie śmiać się z dziecka. Na szczeście ono zinterpretowało to jako śmiech do niego, co tylko wzmacniało nasz ubaw, gdyż smiechem nie raz odpowiadał.

Do tego wszystkiego koleś dolewał coraz to nowymi dźwiękami, szczyt osiągając pod koniec Gdańska, gdzie prawie wszystko komunikowane było roześmianym (lub nie) piskiem. Co miejsce, to coś nowego. Przez Serock, gdzie mieszka małżeństwo mikołajowe, Kurpie, gdzie pradziadostwo, Trójmiasto z dziadkami oraz Lublin z prababcio/stryjociotkami Fi przechodził bardzo intensywną metamorfozę mimik, zachowań i głosów.

To zabawne, gdy rodzice zaczynają dzień od refleksji, że syn od poprzedniego wieczora trochę wydoroślał.

tatafi

a tata był na urlopie!

2 września 2008

dzieje się u nas wiele. czas ucieka, terminy gonią. staramy się łapać z dnia jak najwięcej, pracujemy wieczorami.  Rafał zdecydował się na chwile wytchnienia i poleciał do Szkocji. “na zastępstwo” przyjechała babcia. w zeszłym tygodniu. Filip – zdawać by się mogło – żadnej różnicy nie odczuł. bawił się doskonale w Jej towarzystwie, zjadał kolejne słoiczki karmiony ręką babci. dopiero kiedy Rafał wrócił Fi, w środku nocy ze zdumienia, że znowu jest,  szeroko oczy otwierał i przez półtorej godziny zasnąć nie potrafił.

niby teraz wróciło do normy, prócz tego, że Dzieć tak przyzwyczaił się do naszego łóżka, że koło drugiej nad ranem ląduje w nim wiedzony głodem (bądź raczej potrzebą bliskości) i przesypia z nami do rana. czas jego snu niestety się nie wydłużył, więc dzień nasz zaczyna się stale w okolicach godziny szóstej trzydzieści.

Kolejny tydzień wpadł w swój stały rytm. Poniedziałek za nami, niezwyczajny bo pod znakiem odwiedzin cioci, co się wybierała od dawna i wreszcie dotarła! Dzięki Moniko za odwiedziny. Wtorek odmierza kolejne godziny…

mama_fi

antysmok krakowski

2 lipca 2008

Oj nie przepada Fi za smokami, nie przepada. Spróbowano 3 rodzaje. Historia pierwszego to historia rodziców, którzy widzimisie konfrontują z rzeczywistością, w której to Fi dostał smoka i go ze 2 tygodnie zasysał. Potem nie było potrzeby, aż do momentu, kiedy zaczął pakować zakończenia górnych kończyn między wargi. Wtedy nastąpiła próba restauracji Avantów. Bezskuteczna. Fi przestał być warzywkiem, a zaczął być bardziej świadomym konsumentem, choć wybrednym nieco, skoro odrzucił silikon. Wybredny, lecz z gustem. Mniejszy silikon, większy silikon – wszystko bez szans. Może typ nie  ten – zatem do buźki ten zakończony kulką. Efekt jeszcze gorszy. Poddaliśmy się, choć mnie sumienie gryzło, że te łapy w buzi będą się równać krzywy zgryz i inne takie (poza tym owe zakończenia kończyn zaczęły stanowić coraz większy procent całości kończyn). Na szczęście małżonka wyprowadziła mnie z ignorancji objawiając światło z podręcznika obsługi dziecka. Wątpliwości jednak, niczym choroba, okazały się być zaraźliwe. Poza tym ilość śliny, którą zaczął toczyć mały okazała się na tyle spora, że chodzenie po kuchni okazało się być ryzykowne ze względu na śliskie plamy zbuźnej cieczy.

Na spacerze wytropiliśmy 3 miesiące starszą Marysię, która namiętnie zasysała cumla (krakowskie dziecko pełną gębą). Cumel większy, lateksowy. No więc dawaj do sklepu po lateks, będziem dziecko lateksowym korkiem zatykać. O takiego! Obrzydzenie na twarzy Fi godne było reklamy MasterCarda z tagiem priceless. Jednak w perspektywie potopu, obślinionych łóżek, rąk i koszul oraz – rzecz jasna – podłogi, podjęliśmy próby skłonienia dzieciątka do wspaniałego wynalazku firmy Canpol. Różnorodność metod perswazji sprowadziliśmy do programowania sieci neuronowych pod pachnącą zbożem skórą, którą obciągnięta jest na pół zgrabna czaszka potomka. Innymi słowy – monotonia i powtórzenia. Wsad, wypluj. Wsad, wypluj. Jako że bycie w stanie monotonii nie jest moim największym hobby, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że zamiast uczyć Fi ssać cumel, urządziłem mu trening (a może konkurs?) wypluwania smoczka na odległość. Zaczęło się od treningu trzymania bez wyplucia (z rekordem 3 sekundy), jednak gdy zauważyłem, że mały kozak tworzy w ustach całkiem niezłe ciśnienie, którym wystrzeliwuje obcą substancję w kierunku sufitu, to automatycznie zmieniłem reguły gry. Niestety dość szybko zdałem sobie sprawę, że prowadzę tę rozgrywkę na manowce i przestałem trenować syna. Poddałem się. Odniosłem porażkę. Bardziej wytrwała była pani mama, która jeszcze tego samego wieczora z triumfem przyprowadziła mnie do pokoju, gdzie na łóżku leżał nasz rozbrojony Canpolem dynamit. Zadowolony, ssający, nieśliniący. Uff, co za ulga. Jednak co mama, to nie tata. Ha. Haha. Hahaha. Ile to trwało? 10 minut?

Minęło już kilka dni, obrzydzenia brak, ciśnienia też już nie wytwarza takiego, stoicko wypuszcza ciało obce z ust, cumel się kurzy, potop coraz bliżej. Na dodatek dzisiaj dziecko śrubę ustami włączyło, więc oprócz ilości, pojawia się jakość. Czyli rozbryzg. Brrrr. Brrr. Brrrr. W nieskończoność.

tatafi

nie-tadekniejadek

2 lipca 2008

syn rośnie. my dorastamy. od jakiegoś czasu już nie pozwalamy sobie na leniwe poranki. syn do nas przemawia. nad ranem, nawet o 5. wówczas wysłuchujemy, odpowiadamy, próbujac przy tym utrzymać choć jedno półotwarte oko. po śpiewach przeróżnych lubi się napić ( zdarza się, że przed też popija :) ) i wtulony we  mnie zasypia. i znowu się budzi, śpiewa, ziewa i zjada…

do menu małego odkrywcy jakiś czas temu postanowiłam włączyć niektóre warzywa i owoce. najbardziej smakuje jabłko. i oczywiście wszelkiego rodzaju soki.nawet ten z marchweką, choć sama marchewka nie przypadła Fi do gustu. póki co stanowią one jedynie “rarytasy” podawane raz w tygodniu. upewniłam się tym samym, że niejadek nam się nie trafił.

mama_fi

4amam

22 czerwca 2008

4 miesiące temu była zimna zima, szpital, pojawił się Fi vel Mścisław, teraz jest już lato a czas biegnie nieubłaganie. Postanowiliśmy (a raczej kobieca część my postanowiła), że kurkę należy zacząć przyzwyczajać do pokarmów innych niż z serca płynących. Nie byłem entuzjastycznie nastawiony, bo mój wrodzony leń podpowiadał mi, że oznaczać to będzie początek epoki słoiczków, podgrzewania, śliniaków, łyżeczek, pełniejszych pralek, jeszcze bardziej śmierdzących kup i niezliczonej ilości dodatkowych czynności do wykonania. Przepraszam, wykonywania, codziennie, kropka. Okazało się, że zwykła ma strachliwość nie miała podstaw, bowiem nie zrozumiałem słowa ‘przyzwyczajać’.
No więc spróbowaliśmy, a raczej Fi spróbował zupki z marchwią. Wg mnie próba zakończyła się fiaskiem, wg małżonki mały coś przełknął. Może i przełknął, więcej wypchnął językiem po czym i tak musiał zagryźć dłonią.
Oprócz żarełka Fi dostał pogodę godną pierwszego dnia lata oraz kwiatka. Z pozostałych atrakcji to po raz pierwszy poleciał z masywną dwójeczką leżąc sobie jak go Bodzia stworzyła w swoim łóżeczku oraz niemalże udławił się ze śmiechu, nie dając rady przełknąć niespodziewanych, nadprogramowych decybeli na widok ojca z psem na głowie.

tatafi

u krzemieniów na początku czerwca..

19 czerwca 2008

mama_fi

parę snapshotów

18 czerwca 2008

Buzia coraz bardziej okrągła, szósteczka stuknęła, za 3 dni stuknie czwóreczka, na co dzień parę jedyneczek, bo czasami dwójeczki brak.
Fi poddaje się bezlitosnym procesom ontogenezy, która zaskakuje nas w sposób, do którego powoli się przyzwyczajamy. Od tygodnia częstuje nas bulgotliwym śmiechem, który zwykle kończy się jego czkawką a moim bólem żuchwy i brzucha. Ot, człowiecze to takie. Niemniej jak szukam zdjęcia, gdzie widać jego uradowaną gębkę, to nic ciekawego nie mogę wyszperać. Zatem albo pisząc o tym jego śmiechu konfabuluję, albo w momentach najciekawszych angażuję się w 100% w najdroższe dzieciństwo, a małżonka moja robi cokolwiek innego, czego niejako efektem ubocznym jest kurz na jej aparacie i rozładowana bateria :)

tatafi

Wirduch

11 czerwca 2008

Dzisiaj wpadłem w dość niezwykły sen. Śniło mi się, że czekam na Justynę i Fi. Czuję niepokój związany z ich brakiem. Wtem wchodzą, co widzę lecz nie z perspektywy osoby oczekującej od środka na to wejście, lecz jakby przez szklaną szybę. Widzę ich, lecz oni mnie nie. Widzę z boku, a nie z przodu jak przed chwilą. Czuję, że pogrążają się nagle w niepokoju, a mnie nie ma, ich nie ma, pozostaje OBECNOŚĆ.

I nie byłoby w tym śnie nic wyjątkowego (choć poczucie samej OBECNOŚCI jest samo w sobie wyjątkowe), gdyby nie fakt, że dokładnie w momencie kulminacyjnym, a było to zapewne ok. 2, Fi przebudził się z przeraźliwym krzykiem, na co Justyna zareagowała równie niepokojącym odgłosem i zerwaniem się na równe nogi. Okazało się, że nie spała.

Zastanawia mnie siła tego sprzężenia, która w tak wyraźny sposób ujawniła się tej nocy. Już kilka tygodni temu doszło do mnie dość wyraźnie, że oto Filip nie dość że rośnie się i zmienia w świecie fenomenalnym, to jeszcze czuję w sposób nie do opisania, jak rośnie we mnie. Zapuszcza korzenie, dociera w miejsca, gdzie nic nigdy nie docierało. Oplata i zagnieżdża się. Mości się w najlepsze. Rośnie we mnie – przedtem myślałem, że to części mnie na nowo zaczną rosnąć w nim. Nawyki, charakter, składowe osobowości, etc. Tymczasem nastąpiło sprzężenie zwrotne. Jak we śnie.

Myśląc o tym przychodził mi do głowy obraz wiru. Nie dość, że to dolna dziura wkręca wir, to jeszcze wir wkręca tę górną dziurę. Trwa i znika. Chwilę jest, a potem już nie. Niemniej gdy trwa, z chaosu rodzi porządek o wysokim stopniu zorganizowania i nasycenia energią.

Wir. On, Justyna, ja.

A to wszystko w rok po cudownym poczęciu. Od soboty licząc dokładnie rok temu Duch zszedł w Boże Ciało. By to uczcić wybraliśmy się na Jurę i Dolinki Krakowskie, by celebrować rocznicę. Wiało i rolnik zbierał plon, a do tego spadł deszcz. Parę magicznych miejsc i doświadczenie przemijania. Pamięć czasu, pamięć miejsca i obecna chwila.

tatafi

zabkowanie

6 czerwca 2008

Czekając na rybkę we Fromborku doszedł mych uszu pisk rodzicielki aka babci o treści:

On ma już ząbka!

Pierwsza myśl: minutę temu nie miał, a teraz nagle ma. Nie zdziwię się, jeśli za chwilę sam zacznie o tym mówić.
Przefiltrowawszy babciną informację przez znaną już i zupełnie zrozumiałą emfazę w stosunku do wnuka, sceptycznie ruszyłem ku wózkowi i wepchnąłem juniorowi palec w usta naciskając dziąsła. I faktycznie, jakby twardo było. Fakt, że nigdy tak nie nacisnąłem dziąsła i nie miałem punktu odniesienia sprawił, że zacząłem szafować tym ząbkiem na prawo i lewo. Było to dobre wytłumaczenie rzadkiego, półtoragodzinnego płaczu, którym Fi poczęstował nas poprzedniego wieczora. Zresztą małżonka już od kilku miesięcy sugerowała, że mały ząbkuje. Bo czy to nie wygodne wyjaśnienie przyczyn płaczu i grymasów?
Nadzieje rozwiała pani doktor stwierdzając, że owszem, niedługo już, ale jeszcze nie teraz. Rozwiała i nie rozwiała, zważywszy na fakt, że Fi zaczął używać dziąseł w całkiem niesubtelny, niecyckowy sposób. Niechybnie zaczyna się więc, choć do lasu jeszcze kawałek.

tatafi

jak ojciec z synem

6 czerwca 2008

bywa, że niespodziewanie docierają do uszu moich jakieś dźwięki przedziwne. bywa, że z przejęciem i niemałą ciekawością udaje się w miejsce, gdzie mężczyźni akurat przebywają. zwykle okazuje się, że wszystko to zwykłe ( a może i niezwykłe ) ojca z synem zabawy. ile przy tym radosnego pisku! ile guuu i geeee i innych jeszcze nie do powtórzenia zlepków głosek, ile coraz śmielszego już, gromkiego śmiechu Fi. zresztą nie tylko jego.

cudowne to obrazki, w słowach chyba nie do opisania.

* z rzeczy nowych: Filip przechodzi zapalenie ucha i ząbkowanie. mimo tego, Dzieć tryska niepożytą energią i sobie właściwym humorem. i bardzo muzykalny jest, o!

mama_fi

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress