sobotnie chałupki na kazimierzu

9 maja 2010

Tak babcia ma, więc filipowa praHela ma w zwyczaju powiadać, gdy się idzie na miasto odwiedzać znajomych. Zatem poszliśmy z myślą by nawiedzić znajomych oraz zahaczyć o parę wystaw, czyli kontynuować program dnia wcześniejszego, gdzie Fi zaliczył 2 wernisaże i beforeafterparty (w związku z rozpoczęciem MF) by wrócić do domu chwile przed 23.

Niemniej zdecydowanie największą sobotnią atrakcją okazało się gonienie i straszenie gołębi na Placu Nowym. Mały pogromca gołębi biegał za nimi dobre 20 minut, więc miast obcować ze sztuką, obcował ze sztukami. Wołał ‘gołębciu‘ i ruszał czym prędzej w pogoń próbując łapać biedne biegające co tchu ptaki, które raczej do dojadania okruchów z zapiekanek przyzwyczajone miały wielką niechęć ucieczki na dach, co jednak w sumie czyniły. Filip też próbował na dach okrąglaka wskakiwać, jednak po trzech podskokach odpuścił. Dachowi, nie ptakom.

Później już zgodnie z planem – Cafe 7 gdzie Fi poszalał z Amelią i świeże, remontowane jeszcze mieszkanko na Paulińskiej państwa B i P, gdzie wszyscy osiwieli dzięki firmie Ytong.

tatafi

niecodzienne przyspieszenia

30 kwietnia 2010

Dzisiaj znów był dzień, gdy przyszło mi usłyszeć od Justyny – jako echo swoich spostrzeżeń – że dużo się zmieniło. Dzień jak co dzień, mimo iż po raz pierwszy w tym roku sandały na nogach, jednak po zmysłach bije odświeżona aura Fi. Niedefiniowalne zmiany zachodzą tak właśnie – nagle. Albo to inercja percepcji, albo faktycznie niecodzienne przyspieszenia, nie wiadomo czym skatalizowane. Niemniej dzisiaj Filip ukazał się w nowej krasie – niezwykle chłopięcej. Mimo iż przy zasypianiu prosił mnie, bym trzymał go za rękę. Mimo jak zawsze krzyczał na całe gardło ‘chcę wysiadać‘ gdy tylko zatrzymywałem samochód. Mimo iż jak zwykle spodnie chciał zakładać począwszy od lewej nogi.

Dzisiaj poczułem, że jego reakcje są bardzo dojrzałe. ‘Dojrzałe’. Że jego świat składa się już z masy oczywistości, których raz że jest świadomy, a dwa, że potrafi zakomunikować i bronić. Choćby dzisiaj, gdy zbyt szybko zaproponowałem kolejny kęs, ten spojrzał na mnie jak na uczniaka i z pełnymi ustami odpowiedział

mam pełną buzię przecież tatuśku

Na zdjęciach Filip się śmieje. Wystarczy go poprosić, by zaśmiał się jak do sera. Bowiem gdy tylko Fi dostaje żółty ser, tak właśnie się śmieje. Poza tym od kilku dni codziennie zdarza się, że mówi raz do mnie, raz do Justyny ‘zrób mi zdjęcie tatuśku‘ albo ‘zrób mi zdjęcie mamko‘ (ewentualnie, jak dzisiaj, ‘mamuśko‘).

tatafi

z rowerem w parku czyli love’n'hate

29 kwietnia 2010

prosta historia. w sumie nie ma o czym mówić, a tym bardziej pisać. z rowerem w parku.

gdyby nie fakt, że sprawa roweru wpisuje się w pewien szerszy nurt, który ostatnio przybiera na sile. nurt buntu. burt nuntu.
rowerek został zakupiony, lecz po 15 minutach na nim, Fi uznał, że zbyt gładko jakoś poszło (mimo, iż od początku mówił, że rowerka nie chce, co potwierdzał również jego obojętny stosunek do tychże akurat pojazdów, czy nawet niechęć do siadania nań). uznał, że chce przewracać rower. mama się nie zgodziła. więc 20 minut płaczu, podczas których prób było nieskończenie wiele. zatem jazda do domu.  gdy tylko pojazd opuścił windę, Fi uznał, że nadaje się on co najwyżej do zepchnięcia ze schodów. a jeśli mama nie pozwoli, to do zepchnięcia ze schodów z krzykiem ‘nie chcę rowerka‘. potem już były szlochy i rzuty, a na końcu, już przy drzwiach domu krzyk desperacji ‘sprzedaj go!‘. o wprowadzeniu trzech kółek do domu mowy nie było, został na korytarzu, a Fi za drzwiami jeszcze przez 10 minut łzy ronił i złością tryskał.

niemniej już dzień później złość ogarniała go, gdy tylko przychodziła myśl, że rower jest za drzwiami, a nie … w domu. ‘to mój rowerek jest‘ i nie ma mowy, by był daleko lub w czyimś władaniu. i tak parę dni.

dzisiaj już spokój. rowerek stał się kolejnym z przedmiotów użytkowych, które czasami używać warto, a czasami nie. wielkie ufff…

tatafi

sezon balkonowy 2010 można uznać za otwarty

26 kwietnia 2010

tatafi

Maszynista na Żabińcu

21 kwietnia 2010

Jesienią ubiegłego roku odkryliśmy z synem zakątek, gdzie krzyżują się dwie linie kolejowe, w którym to młody może rozwijać swoje pasje pociągowe, przy okazji ucząc się cierpliwości. Byliśmy tam ostatni raz na początku listopada, kiedy liście były żółte, wiatry chłodne a powietrze zaczynało nie pachnieć mrozem. Zaledwie parę dni temu, gdy znów pojawiliśmy się w okolicach, Filip błyskawicznie skojarzył miejsce i zaczął wołać rozdygotany z podniecenia:

Tam pociągi będą, tak, jechały, długie i głośne…

I czekaliśmy godzinę, by – w sumie – przez parę sekund zaledwie zobaczyć sześć pędzących składów, z czego tylko dwa miały lokomotywę z prawdziwego zdarzenia. Dla Fi jednak zetknięcie się z jadącymi pociągami w realu jest na tyle ekscytujące, że nie ma aż tak wielkiego znaczenia, czy mają lokomotywę czy nie. Dzisiaj, gdy tylko zaproponowałem, że pójdziemy na Żabiniec, Filip włączył:

Tak, będziemy łapać żaby!

Najwidoczniej nie do końca pojął, że nasz przeuroczy zakątek zlokalizowany jest właśnie na Żabińcu. Niemniej, gdy tylko wyjaśniłem, że tam właśnie parę dni temu wyczekiwaliśmy pociągów, Filip zaczął wywód, wywracając oczami:

Tak, będę maszynistą pociągu. Będzie ciagnął wagony. Długiego i głośnego [podskakując]. Jak robi?!
I będę machał. I jechał do Warszawy.

[Tydzień temu na dworcu faktycznie pomachał mu maszynista ze okna swojej maszyny].

Pasja kolejowa nie odpuszcza. I choć nie ma już tyle płaczu o pociągi na Youtubie, nie ma gwałcenia rodziców poprzez chwytanie za dłoń i mówienie ‘o tym małym paluszkiem wpisz pociąg‘, to nadal jest to motyw przewodni. Włącznie z tym, że – jak małżonka doniosła – w piaskownicy nawet Fi wypytywał szkraby o ich pasje, dumnie mówiąc o swoich pociągach.

tatafi

obce z netu

21 kwietnia 2010

Jako że od długiego czasu nie pojawiały się tutaj treści autorskie (wskutek wyjazdów, nawałów pracy, lenistwa i etcetera), a sieci społecznościowe wyłowiły czyjąś radosną twórczość, to postanowiłem zamieścić jej owoc na tej stronie, zwłaszcza iż zawiera ona wizerunek syna autora użytego zdjęcia, który tak nawala z uploadowaniem treści.

Pan ze zdjęcia nie jest ani tatą, ani mamą (jeszcze), tylko jednym z ulubionych wujów, zdjęcie natomiast pochodzi z gnojowiska z okolic Krakowa. Samochody ułożone w patriotyczny wzór to nie zabawki 9 miesięcznego podówczas Fi, tylko środki komunikacji ekipy muzyczno-zdjęciowej, bowiem w tejże samej scenerii wykonana została okładka do tej płyty.

tatafi

u Zuzy

25 marca 2010

Kolejnym przystankiem w drodze nad morze był stały punkt postojów dłuższych i krótszych, czyli rewir okupowany przez Zuzę z jej rodzicami oraz trzy koty i psa. Pierwszym gestem ze strony gospodarzy było polizanie Fi po ustach i twarzy dokonanym przez Prota, co młodemu do gustu nie przypadło, choć symbolicznie w całej rozciągłości wyrażało serdeczność, z jaką zawsze spotykamy się w Serocku.

Filip Zuzy nie widział od prawie roku, czyli swobodnie można powiedzieć, że pół życia. I choć oglądaniu fotek Zuzy na ekranie zwykle towarzyszyła ekscytacja, tak spotkanie wypadło blado. Co jest w porządku, mimo mojego chwilowego rozczarowania – jeszcze za wcześnie na babeczki, zwłaszcza młodsze. W tym przypadku to nawet nie o płeć poszło, ale o wiek i powiązane z nim aktywowane funkcje. W końcu dzień wcześniej za towarzysza miał półtora roku starszego Julka, od którego szło się uczyć życia niczym od grubego pandita. Ignorancja Filipa zapewne potrwałaby dłużej, gdyby nie incydent, w którym Zuza biodrem odpychając młodego, dostała się na pierwszą pozycję przy książeczce.

Nie zlikwidowało to dystansu, niemniej trochę przełamało lody – Pepe zobaczył Zuzę jako konkurenta (co niechybnie dodało jej estymy), a nie pół głowy niższą młodszą istotę. Niemniej zdecydowanie największą furorę zrobiły zwierzęta, a konkretnie koty, za którymi Filip biegał, łaził, czołgał się, gadał do nich pokazując zabawki, zadawał im trudne pytania, etc.. Pies spalił się na starcie dając buzi, poza tym był od początku zdyskwalifikowany jako istota zbyt duża i za bardzo ruchliwa w sposób nieznany małemu. Poza tym do psów to Filip zwykle podchodzi z rezerwą, czyli podobają mu się i mówi o nich niemało, jednak ze zbliżaniem się do nich jest słabo.

Ten straszliwy wuj’ – jak nazywał Filip Minimala jeszcze w lutym, gdy ten gościł w Krakowie, stał się po prostu dobrym wujem, a ciocia Monika została na nowo poznana, bo tej junior nie widział tak długo, jak i Zuzy.

tatafi

u Jula dobrze się hula

22 marca 2010

Pierwszym przystankiem w rekonwalescencyjnej podróży nad polskie morze było Mysiadło – dobrze znana podwarszawska miejscowość przy ul. Puławskiej. Tam ze swoją rodziną mieszka Julek, 3,5 latek, który z Filipem po raz ostatni widział się 13 miesięcy wcześniej. Nie okazało się być to jakąkolwiek przeszkodą w błyskawicznym nawiązaniu bliskiego kontaktu – wyglądało na to, że Julek poszukiwał gleby dla ziaren swoich pomysłów i wrażeń, a Filip czekał na kogoś, kto by go zarzucił bodźcami. No i kaboom, połączenie kliknęło, chłopcy zniknęli w pokoju tak, jakby świata poza nim nie było. Fi podczas obiadu odbył parędziesiąt sprintów do julkowego królestwa, bo czasu przy stole szkoda, potem był plac zabaw, wieczorem natomiast  wspólna kąpiel oraz takież samo zasypianie (Filip odpadł pierwszy). Gdy tata wszedł sprawdzić sytuację, malcy leżeli obok siebie na wznak ze splecionymi nawzajem rękoma. Widok za milion albo i dwa.

Myśląc, że Pepe może zainteresuje się najbardziej Oleńką, siostrą Julka, w momencie spotkania zaledwie 18dniową, grubo się przeliczyliśmy. Jak się miało już wkrótce okazać, syn ma zdecydowane preferencje co do towarzyszy zabaw.

tatafi

ćwiczenia z siedzenia

19 marca 2010

Pod nieobecność taty Fi postanowił potestować fotelik. Na niewiele się to zdało, bowiem droga do Gdańska i tak nie należała do najłatwiejszych. Zbyt dużo energii szaleje w tym dziecku, by parogodzinne siedzenie było do wytrzymania.

tatafi

parkowe odwilże

27 lutego 2010

Większą część zimy – z konieczności filipowookołochorobowych  - musieliśmy spędzić w domu, co skutecznie uniemożliwiło jakiekolwiek sanki czy bałwany, czyli największe radości dzieciństwa. Nadrobić nie sposób, śnieg topnieje, gówna i błoto wyłazi, pozostaje czekać na przyszły rok i większą odporność dziecka.

tatafi

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress