szczęście sześciomiesięczne

22 sierpnia 2008

Od zawsze lubiłam zmiany. Odkąd pamiętam czekałam na nowe. Dokładnie sześć miesięcy temu zjawił się mały człowiek, który jest niespodzianką, codzienną zagadką, której rozwiązania nie mogę się doczekać. Czy obudzi się dziś o szóstej, albo piątej trzydzieści?może dla odmiany da nam się wyspać? ukaże się dziś misternie wydobywany małymi paluszkami trzeci już ząb? Będzie się zaśmiewał w niebogłosy obserwując coraz doskonalsze sztuki swojego taty? Będzie podskakiwał na łóżku naszym niczym trampolinie, z radością przyglądając się moim reakcjom? Piszczał będzie z zadowolenia a może wyrażając sprzeciw, wykrzykiwał wyraźne „ma-ma-ma” „daaa-da-da-daaa”?Ugryzie , uszczypnie, pociągnie za włosy? Wszystko możliwe. Nieprzewidywalne. Fantastyczne w swojej prostocie. W bezwarunkowości. Bo właśnie o to chyba chodzi w całej tej magii zwanej macierzyństwem. Że bezwarunkowe jest. Taki pakt jednostronny, jeśli przyjrzeć się szerszej perspektywie.

Cudowna to możliwość brać udział w rozwoju małego człowieka.

mama_fi

sprawdzian emocjonalnej wytrzymałości

9 maja 2008

wszystko poszło po naszej myśli. operacja się udała. dziecko już się wybudza

- usłyszeliśmy godzinę po tym, jak nasze “umierające” z głodu dziecko zniknęło z pola widzenia. po raz kolejny, acz bynajmniej nie ostatni tego dnia czułam jak mięknę, jak łzy napływają do oczu. nie ze strachu już, nie z bezsilności. emocje. jakiś element niepewności zniknął bezpowrotnie. na kilka dni przed dniem 0 zaczęłam odczuwać strach. gdzieś skrywany za maską racjonalizmu ( bo przecież taka operacja, to nie operacja ). bezsilna byłam, kiedy Fi wielkimi oczyma wpatrywał się we mnie wylewając rzewne łzy, bo kolejną godzinę już nie dostawał pokarmu. to było naprawdę trudne. a przecież nie sposób w żaden sposób wytłumaczyć, że nie masz zamiaru go zagłodzić.

spotkaliśmy się z Fi już na oddziale. krzyczał, z głodu, z bólu. półświadomy, chyba przestraszony. kolejne 1,5 godz bez piersi. następna dawka znieczulacza. okropnie przykry widok. kiedy wreszcie mogłam go nakarmić poczułam wielką ulgę. i dumę, że Mały tak dzielnie wytrzymał to wszystko. Ma się dobrze. Rano obdarzał mnie najcudowniejszymi uśmiechami. Z zaciekawieniem rozglądał dookoła.

cholernie się uwrażliwiłam.

od kiedy jestem matką płacz dziecka jest dźwiękiem, obok którego nie umiem przejść obojętnie. To była ciężka doba. Sprawdzian emocjonalnej wytrzymałości. Filip zasnął i od 20tej już nie widać było po nim śladu bólu. Nie do wytrzymania były dochodzące z sali obok żałosne zawodzenia dziecka pozostawionego samemu sobie. Przechodząc obok widziałam chudziutkie, długie rączki, wyciągnięte ku górze, zdające się wołać: “weź mnie na ręce, bądź przy mnie”. długi, przeciągany płacz. ściśnięte serce. matka nie pojawiła się ani na chwilę.

mama_fi

dementi

24 kwietnia 2008

Co za gafa z mojej strony. Co za fatum, że gdy tylko się dziecko pochwali, to ono zaczyna działać dokładnie na opak. Kulturalna kurka niby – tak napisałem, tak myślałem, jednak dzisiejszy dzień zweryfikował moje mylne mniemania. Wstyd mnie pożarł, że aż fot nie będzie, bo by się strona spaliła.

To, że Fi po raz pierwszy jechał tramwajem i autobusem bez biletu to drobiazg. Że krzyczał w środku komunikacji miejskiej to też nic – wiadomo, że młodsze pokolenia są coraz bardziej rozwydrzone. Jednak fakt, że do kina przedostał się również bez biletu, to już zakrawa na większe wykroczenie, jednak niekoniecznie przekreślające status osoby kulturalnej. Natomiast to, że pierwszą połowę filmu gadał, płakał, bekał i puszczał bąki, a drugą przespał jest zbrodnią w biały dzień. Mało tego, angażował w swój gderliwy proceder również nas, którzy zamiast w milczeniu gapić się w ekran, łaziliśmy, szeptaliśmy, i co chwilę robiliśmy to cholerne ciiiii.

Zresztą, połowa sali robiła co chwilę ciiiii. Tak więc pewnie Fi najzwyczajniej podległ wpływowi ekspresowej demoralizacji ze strony sali, którą wypełniały młode matuszki ze swoimi kudłatymi i gdakającymi pociechami. Nie powiem, że po brzegi, bo było nas w sumie nie więcej jak 25 osób na 128 miejsc, jednak było gęsto i głośno, jak gdyby na sali było parę setek. Na początku zdawało mi się, że to idzie falami. Brzmiało jak lament kobiet, które ocalały ze spacyfikowanej wioski i opłakują swoich mężczyzn, potem wydawało mi się, że jestem w świątyni, wypełnionej żarliwie mantrującymi/modlącymi się wyznawcami, by w końcu poczuć się jak w kurniku, pełnym gdakających, piejących, mlaskających, bekających i pierdzących kurek. Czyli coś, co znam z własnego podwórka, a co jest wspaniałym treningiem wytrzymałości systemu nerwowego. Przez pierwsze pół godziny udało mi się zarejestrować zaledwie 2 chwile sekundowej ciszy. Gdy zdałem sobie sprawę, że falowość tego fenomenu tworzy się na moim wejściu, bo tak reaguje system nerwowy na irytujące właściwości otoczenia, poczułem się jakbym pływał w komorze deprywacyjnej, gdzie z głośników płynie jednostajny hałas, na który ewolucyjnie ucho ludzkie jest wyjątkowo wyczulone. To absolutnie nie były fale, poziom decybeli był prawie niezmienny, tylko aktywne gardła tudzież inne wyloty zastępowały te ucichające.

Po pół godzinie zdałem sobie sprawę, jakim frajerem jestem, że na własne życzenie przeszedłem z deszczu pod rynnę buląc 10zł i poniewieram swój system nerwowy w tak masochistyczny sposób. Toć ta kakofonia składa się z dźwięków, które nawet w ciepełku domowego zacisza do pożądanych nie należą.

Zastanawiałem się, czy współoglądacze gdakacze byli winni temu, że początek filmu wydawał się słaby, czy też słaby początek filmu tylko dolewał do ogólnie dramatycznej sytuacji. Na szczęście po czasie większość towarzystwa przysnęła i jakoś poszło. Film okazał się wspaniały, skreśliłem się z listy frajerów, pojawiły się refleksje związane z faktem, że byłem jedynym samcem na sali, że świat kobiet to jednak inna bajka, do którego – pomimo dość dobrego kontaktu z żeńskim pierwiastkiem w sobie – nie mam dostępu, a który jest tak inny, tak wytrzymały (w sensie z jajami) i pełny subtelności, że zagwizdać i pozazdrościć tylko. Sytuacja i film spotęgowały się nawzajem tworząc takie wrażenie. Niepowtarzalne przeżycie.

Co więcej, na koniec dorwała mnie pani z mikrofonem z RMF Classic i spytała co sądzę o pomyśle takich seansów. Nie ukrywałem, że było ciężko. Nie ukrywałem, że jak ktoś ma alternatywę wieczornego kina domowego, to niech olewa Baranki w Glanach po Systemie Nerwowym Skakanki i czeka, aż dziecko zaśnie, by coś obejrzeć. I znowu trzask prask, spóźniona refleksja. Toć wokół same babki, a ta spytała faceta. Coś zaśmierdziało, a ja poczułem się jak ostatni frajer, że daję mało reprezentatywny głos. Po czym okazało się, że akcja była ustawiona, że wszystko było ukartowane i męski głos był konieczny, by kino nie zbankrutowało po pozwach mężczyzn, których już sama nazwa seansów wyklucza ze zbioru osób mile widzianych.

Było “Baranki w pieluchach, dla mamy i malucha”, teraz prawdopodobnie będzie “Baranki w pieluchach, dla mamy, twardziela i malucha”.

Żeby tematu braku kultury stało się zadość, dodam jeszcze przysłowiowy miętowy opłatek. Na własne oczy widziałem, jak w samym środku miasta mały bezwstydnik jął lizać nieco obnażoną pierś mej małżonki; pośród tysięcy zblazowanych spacerowiczów, którzy postanowili skorzystać ze słonecznej aury wybierając się na spacer bulwarami nad rzeczką w okolicy Wawelu. Szczyt barbarzyństwa!

tatafi

misja “ciąża” zakończona powodzeniem

25 lutego 2008

9 miesięcy. z dwóch małych komórek całkiem niemały człowiek. cudowne uczucie spełnienia. chwile bólu restartowane w momencie pojawienia się w ramionach ciepłego ciałka. oto filip wreszcie z nami.

poród podobno trwał 4 h – taki zapis w karcie zdrowia dziecka. bywały momenty krytyczne, których przetrwanie zawdzięczam w dużej mierze dopingowi małża. potem trzy noce w szpitalu, podczas których syn uczył się korzystać z dobrodziejstw natury w postaci moich mlecznych piersi :) . a że uczeń z niego pojętny dziś jesteśmy w domu.

mama_fi

cała jestem czekaniem

20 lutego 2008

tak w największym skrócie można wyrazić to, co się dzieje.

bo właśnie nie dzieje się nic. moja macica musi być najwyraźniej wygodna, syn ciągle jeszcze ma miejsce, żeby czasem kopnąć. czuję każdy jego ruch. wsłuchuje się w swoje ciało jak nigdy wcześniej. to zupełnie niesamowite jak taki mały człowiek w środku, jeszcze nie widziany, nie poznany, nie odgadnięty może zapanować nad rozkładem dnia codziennego. wolno sączący się czas przecinają wizyty u lekarza, który fachowym okiem rzuca na to co zmienia się we mnie i  jak z tym wszystkim ma się Fi. a póki co wytrzymujemy.

mama_fi

cel

18 lutego 2008

W chwilę stało się jasne, czemu powstał ten dziennik, gdy Fi nie ma jeszcze na zewnątrz.

- Jak przez to twoje pisanie dzisiaj się akcja nie skończy, to zobaczysz.

To jest na żywo, po nakryciu mnie z ekranem na kołdrze. Miało być:

- Tylko nie wszczynaj jeszcze alarmu proszę! – krzyknęła po moim wyjściu z łazienki.

No więc jeśłi nie z tym polem do wklepywania tekstu, z kim miałby się biedny ojciec podzielić?

W trójce puszczają kiepską polską muzykę rockową lat 90. Czas nadać drganiom własny rytm.

tatafi

Alles klar?

18 lutego 2008

Jak to się dzieje, że ważne słowa zostają przekręcane, zapomniane, pominięte w dokumentach istotnych chwil?

Czy dzieje się tak, jak przed chwilą, czyli po prostu wymykają się na chwilę z pamięci, by do niej już nie wrócić, a inni świadkowie nie mają chęci zanotowania tychże milestones’ów?

Wiem, że ja zapomniałem. Całe szczęście pół godziny później mogę wejść do łazienki i spytać nosicielkę o najważniejsze słowa dzisiejszego poranka.

Chwilę po piątej obudził mnie delikatny kuksaniec. Nic szczególnego, gdy śpi się na 140cm szerokości materaca z kobietą w 9 miesiącu. Tym razem jednak uwagę o ewentualnym dyskomforcie czy bólu zastąpiło:

- Dzisiaj urodzi się twój syn.

- Świetnie. Czyli wodnik da radę.

Po tym nastąpił bełkot, coś wypytałem o skurcze, które okazały się być dość regularne już od godziny, po czym zamarkowałem nonszalancję, powiedziałem, że się cieszę, shanti, shanti i śpię dalej. Ale ściema. No sleep til Brooklyn!

Pierwsze to mocny flashback. Jako żywo przed oczami stanęła scena sprzed 34 tygodni, gdzie poranek zaczął się od podobnego w wymowie, choć znacznie bardziej enigmatycznego podówczas komunikatu. [*] Duszno i tłoczno od myśli, żołądek ściśnięty głodem tego, co dojrzało, by się wydarzyć.

tatafi

constans

17 lutego 2008

Fi każe na siebie czekać. czuję, że będzie miał przewrotny charakterek. ciekawe po kim? kolejna godzina rozciąga się w nieskończoność. telefony od znajomych bliższych i dalszych,  nie, nie urodziliśmy jeszcze. ból nasilający się i opadający, huśtawka emocji. trudno ze mną wytrzymać, mnie samej ze sobą też.  jutro wizyta, jeśli nie wydarzy się nic, poproszę o wspomaganie.

 

proście, a będzie wam dane..

mama_fi

***

14 lutego 2008

oczekiwanie, noce przerywane godzinami czuwania, naznaczone wewnętrznym pytaniem: czy to już? w gabinecie u doktora G, usłyszałam o 2 cm rozwarcia i braku szyjki. prawie dotykam główki. zapis ktg ma pokazać, czy Fi dziś już zechce się z nami zobaczyć. wychodzę i opowiadam małżowi, który nieco blednie.. zarazem uśmiechając się. wracam. ktg nie pokazuje skurczów.

 

zatem czekamy. postanawiam nie skarżyć się.

cierpliwości się nie nauczyłam.

 

mama_fi

Tyche

3 lutego 2008

Jeszcze nie znamy dnia ni godziny.

Czy jeszcze parę tygodni? Dni? A może godzin?

1 marca to termin oficjalny, mało znaczący, bo mieści się jakoś pośrodku pięciotygodniowego okresu, podczas którego nie byłoby ochów i achów związanych z zagrożeniem. Zagrożenie było. 10 tygodni temu.

Teraz nie ma zagrożenia. Jest presja. Niewygody, bólu, nudy. Czasu? Chyba po prostu presja widoku mety. Sytuacja znana dobrze z niejednego snu – biegniesz ile sił, wiesz że musisz, a kroki wydają się być coraz wolniejsze.

Jedyne znane rozwiązanie – cierpliwość. Łatwo mi to mówić :)

tatafi

Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress